Cud na Wisłą

 
Wokół Jej głowy jaśniała świetlista aureoli jednej dłoni coś trzymała, jakby tarczę, od której odbijały się wystrzeliwane w kierunku Polaków pociski, po czym Powracały, by eksplodować na pozycjach atakującej armii! Wyraźnie widzieli, jak poły Jej szerokiego, granatowego płaszcza unosiły się i falowały na wietrze, zasłaniając Warszawę. Grozę zjawiska potęgowała asysta Niebiańskiej osoby. Towarzyszyły jej oddziały przerażających skrzydlatych, konnych rycerzy zakutych w pobłyskujące mimo ciemności, stalowe zbroje, pokryte lamparcimi skórami. Hufce widmowych postaci najwyraźniej gotowały się do walki!
Trudno się dziwić, że na ten widok bolszewicy nie zdzierżyli i… rzucili się do szaleńczej ucieczki.
Nieziemska Osoba wyglądała groźnie, a oddziały straszliwych, skrzydlatych rycerzy stanowiły tak realne zagrożenie, że śmiertelnie przerażeni w nieopisanej panice uciekali z pola walki, tak szybko, że nie sposób było ich dogonić!
Szczegóły ukazania się Najświętszej Dziewicy znamy także z relacji świadków pośrednich – mieszkańców wsi, do których dotarli oszaleli z grozy bolszewicy. Szukający jakiegokolwiek schronienia uciekinierzy byli w stanie szoku nerwowego! Mieli przerażone, wytrzeszczone oczy, szczękali zębami, zachowywali się bezrozumnie, usiłując schować się gdziekolwiek, choćby w psiej budzie! Na klęczkach błagali Polaków o ukrycie, otwarcie przyznając że ratują się ucieczką przed Carycą – Matier Bożju!

„Piknik u Proboszcza” – zdjęcia

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim za współorganizowanie "Pikniku u Proboszcza", którym każdego roku dzieci w naszej parafii rozpoczynają wakacje. Na Pikniku wspaniale bawiły się dzieci wraz ze swoimi rodzicami i…dziadkami. Nie zabrakło różnych gier i zabaw, które jak co roku prowadziła Pani Jola Rafałko. "Mrówka" zapewniła kiełbaski z grila, napoje, a z kolei rodzice ciasto. Jedną z najwspanialszych atrakcji było (uwaga!!!) lanie się wodą z węża strażackiego. Przy okazji dziękujemy OSP ze Smogorzowa za stworzenie tej atrakcji.
Poniżej zamieszczamy kilka zdjęć:

Liczenie wiernych, dane

Miejscowość

Ilość osób na Mszy św.
2010   2011   2012   2013   2015

Ilość osób do Komunii św.
2010   2011   2012   2013     2015

Smogorzów
168     156     167     150   157
 98         85       63         70     80
Baszyn
134     104     136     130   118
 32         38       38         38     30
Pełczyn
138      91      122     130   113
52         48       51         64      52
Razem
440    351      425        410        388
182      171       152       172         162

 
Parafia liczy około 1 100 mieszkańców. Ludzie chorzy i w podeszłym wieku, którzy nie mogą uczestniczyć w niedzielnej Eucharystii wraz z pracującymi za granicą są w liczbie około 30 osób. W przybliżeniu można podać, że w naszej parafii uczestniczyło średnio 36% wiernych.

Św. Andrzej Bobola – święty, który miał skłonności do gniewu i zapalczywości

Andrzej urodził się 30 listopada 1591 r. w Strachocinie koło Sanoka. Pochodził ze szlacheckiej rodziny, bardzo przywiązanej do religii katolickiej. Nauki humanistyczne wstępne i średnie wraz z retoryką Andrzej pobierał w jednej ze szkół jezuickich, prawdopodobnie w Wilnie, w latach 1606-1611. Tu zdobył sztukę wymowy i doskonałą znajomość języka greckiego, co ułatwiło mu w przyszłości rozczytywanie się w greckich ojcach Kościoła i dyskusje z teologami prawosławnymi.
31 lipca 1611 r., w wieku 20 lat, wstąpił do jezuitów w Wilnie. Po dwóch latach nowicjatu złożył w 1613 r. śluby proste. W latach 1613-1616 studiował filozofię na Akademii Wileńskiej, kończąc studia z wynikiem dobrym. Ówczesnym zwyczajem jako kleryk został przeznaczony do jednego z kolegiów do pracy pedagogicznej. Po dwóch latach nauczania młodzieży (1616-1618), najpierw w Brunsberdze (Braniewie), w stolicy Warmii, a potem w Pułtusku, wrócił na Akademię Wileńską na dalsze studia teologiczne (1618-1622), które ukończył święceniami kapłańskimi (12 marca 1622 r.). Rok później dopuszczony został do tak zwanej "trzeciej probacji" w Nieświeżu.
W latach 1623-1624 był rektorem kościoła, kaznodzieją, spowiednikiem, misjonarzem ludowym i prefektem bursy dla ubogiej młodzieży w Nieświeżu. Jako misjonarz, Andrzej obchodził zaniedbane wioski, chrzcił, łączył sakramentem pary małżeńskie, wielu grzeszników skłonił do spowiedzi, nawracał prawosławnych. W latach 1624-1630 kierował Sodalicją Mariańską mieszczan, prowadził konferencje z Pisma świętego i dogmatyki. Wreszcie został mianowany rektorem kościoła w Wilnie. W latach 1630-1633 był przełożonym nowo założonego domu zakonnego w Bobrujsku. Następnie przebywał w Połocku w charakterze moderatora Sodalicji Mariańskiej wśród młodzieży tamtejszego kolegium (1633-1635). W roku 1636 był kaznodzieją w Warszawie. W roku 1637 pracował ponownie w Połocku jako kaznodzieja i dyrektor studiów młodzieży. W latach 1638-1642 pełnił w Łomży urząd kaznodziei i dyrektora w szkole kolegiackiej. W latach 1642-1643 ponownie w Wilnie pełnił funkcję moderatora Sodalicji Mariańskiej i kaznodziei. Podobne obowiązki spełniał w Pińsku (1643-1646), a potem ponownie w Wilnie (1646-1652). Od roku 1652 pełnił w Pińsku urząd kaznodziei w kościele św. Stanisława. W tym czasie oddawał się pracy misyjnej nad ludem w okolicach Pińska.
Z relacji mu współczesnych wynika, że Andrzej był skłonny do gniewu i zapalczywości, do uporu we własnym zdaniu, niecierpliwy. Jednak zostawione na piśmie świadectwa przełożonych podkreślają, że o. Andrzej pracował nad sobą, że miał wybitne zdolności, był dobrym kaznodzieją, miał dar obcowania z ludźmi. Dowodem tego były usilne starania ówczesnego prowincjała zakonu w Polsce u generalnego przełożonego, aby o. Andrzeja dopuścić do "profesji uroczystej", co było przywilejem tylko jezuitów najzdolniejszych i moralnie stojących najwyżej. Wytrwałą pracą nad sobą o. Andrzej doszedł do takiego stopnia doskonałości chrześcijańskiej i zakonnej, że pod koniec życia powszechnie nazywano go świętym. Dzięki Bożej łasce potrafił wznieść przeciętność na wyżyny heroizmu.
Andrzej wyróżniał się żarliwością o zbawienie dusz. Dlatego był niezmordowany w głoszeniu kazań i w spowiadaniu. Mieszkańcy Polesia żyli w wielkim zaniedbaniu religijnym. Szerzyła się ciemnota, zabobony, pijaństwo. Andrzej chodził po wioskach od domu do domu i nauczał. Nazwano go apostołem Pińszczyzny i Polesia. Pod wpływem jego kazań wielu prawosławnych przeszło na katolicyzm. Jego gorliwość, którą określa nadany mu przydomek "łowca dusz – duszochwat", była powodem wrogości ortodoksów. W czasie wojen kozackich przerodziła się w nienawiść i miała tragiczny finał.
Pińsk jako miasto pogranicza Rusi i prawosławia był w tamtym okresie często miejscem walk i zatargów. Zniszczony w roku 1648, odbity przez wojska polskie, w roku 1655 zostaje ponownie zajęty przez wojska carskie, które wśród ludności miejscowej urządziły rzeź. W roku 1657 Pińsk jest w rękach polskich i jezuici mogą wrócić tu do normalnej pracy. Ale jeszcze w tym samym roku Kozacy ponownie najeżdżają Polskę. W maju roku 1657 Pińsk zajmuje oddział kozacki pod dowództwem Jana Lichego. Najbardziej zagrożeni jezuici: Maffon i Bobola opuszczają miasto i chronią się ucieczką. Muszą kryć się po okolicznych wioskach. Dnia 15 maja o. Maffon zostaje ujęty w Horodcu przez oddział Zielenieckiego i Popeńki i na miejscu ponosi śmierć męczeńską.
Andrzej Bobola schronił się do Janowa, odległego od Pińska około 30 kilometrów. Stamtąd udał się do wsi Peredił. 16 maja do Janowa wpadły oddziały i zaczęły mordować Polaków i Żydów. Wypytywano, gdzie jest o. Andrzej. Na wiadomość, że jest w Peredilu, wzięli ze sobą jako przewodnika Jakuba Czetwerynkę. Andrzej na prośbę mieszkańców wsi, którzy dowiedzieli się, że jest poszukiwany, chciał użyczonym wozem ratować się ucieczką. Kiedy dojeżdżali do wsi Mogilno, napotkali oddział żołnierzy.
Z Andrzeja zdarto suknię kapłańską, na pół obnażonego zaprowadzono pod płot, przywiązano go do słupa i zaczęto bić nahajami. Kiedy ani namowy, ani krwawe bicie nie złamało kapłana, aby się wyrzekł wiary, oprawcy ucięli świeże gałęzie wierzbowe, upletli z niej koronę na wzór Chrystusowej i włożyli ją na jego głowę tak, aby jednak nie pękła czaszka. Zaczęto go policzkować, aż wybito mu zęby, wyrywano mu paznokcie i zdarto skórę z górnej części ręki. Odwiązali go wreszcie oprawcy i okręcili sznurem, a dwa jego końce przymocowali do siodeł. Andrzej musiał biec za końmi, popędzany kłuciem lanc. W Janowie przyprowadzono go przed dowódcę. Ten zapytał: "Jesteś ty ksiądz?". "Tak", padła odpowiedź, "moja wiara prowadzi do zbawienia. Nawróćcie się". Na te słowa dowódca zamierzył się szablą i byłby zabił Andrzeja, gdyby ten nie zasłonił się ręką, która została zraniona.
Kapłana zawleczono więc do rzeźni miejskiej, rozłożono go na stole i zaczęto przypalać ogniem. Na miejscu tonsury wycięto mu ciało do kości na głowie, na plecach wycięto mu skórę w formie ornatu, rany posypywano sieczką, odcięto mu nos, wargi, wykłuto mu jedno oko. Kiedy z bólu i jęku wzywał stale imienia Jezus, w karku zrobiono otwór i wyrwano mu język u nasady. Potem powieszono go twarzą do dołu. Uderzeniem szabli w głowę dowódca zakończył nieludzkie męczarnie Andrzeja Boboli dnia 16 maja 1657 roku.
Kozacy wkrótce wycofali się do miasta. Ciało Męczennika przeniesiono do miejscowego kościoła. Jezuici przenieśli je potem do Pińska i pochowali w podziemiach kościoła klasztornego. Po latach o miejscu pochowania Andrzeja zapomniano. Dnia 16 kwietnia 1702 roku Andrzej ukazał się rektorowi kolegium pińskiego i wskazał, gdzie w krypcie kościoła pod ołtarzem głównym znajduje się jego grób. Ciało znaleziono nietknięte, mimo że spoczywało w wilgotnej ziemi. Było nawet giętkie, jakby niedawno zmarłego człowieka. Zaczęły się mnożyć łaski i cuda. Od roku 1712 podjęto starania o beatyfikację. Niestety, kasata jezuitów i wojny, a potem rozbiory przerwały te starania. Ponownie Andrzej miał ukazać się w Wilnie w 1819 r. dominikaninowi, o. Korzenieckiemu, któremu przepowiedział wskrzeszenie Polski (będącej wówczas pod zaborami) i to, że zostanie jej patronem. Ku wielkiej radości Polaków beatyfikacja miała miejsce dnia 30 października 1853 roku.
W roku 1820 jezuici zostali usunięci z Rosji, a opiekę nad ciałem Świętego objęli pijarzy (1820-1830). Relikwie przeniesiono potem do kościoła dominikanów. Wreszcie po wydaleniu dominikanów (1864) przejęli straż nad kościołem i relikwiami kapłani diecezjalni. W roku 1917 przy udziale metropolity mohylewskiego Edwarda von Roppa dokonano przełożenia relikwii. W roku 1922, po wybuchu rewolucji, ciało zostało przeniesione do Moskwy do muzeum medycznego. W roku 1923 rząd rewolucyjny na prośbę Stolicy Apostolskiej zwrócił śmiertelne szczątki bł. Andrzeja. Przewieziono je do Watykanu do kaplicy św. Matyldy, a w roku 1924 do kościoła jezuitów w Rzymie Il Gesu. 17 kwietnia 1938 roku, w uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, Pius XI dokonał uroczystej kanonizacji bł. Andrzeja (wraz z bł. Janem Leonardim i bł. Salvatorem de Horta). W roku 1938 relikwie św. Andrzeja zostały uroczyście przewiezione do kraju. Przejazd relikwii specjalnym pociągiem przez Lublianę, Budapeszt do Polski, a następnie przez wiele polskich miast (w tym Kraków, Poznań, Łódź aż do Warszawy) był wielkim wydarzeniem. W każdym mieście na trasie organizowano uroczystości z oddaniem czci świętemu Męczennikowi. W Warszawie, po powitaniu w katedrze, relikwie spoczęły w srebrno-kryształowej trumnie-relikwiarzu w kaplicy jezuitów przy ul. Rakowieckiej. W roku 1939 relikwie zostały przeniesione do kościoła jezuitów na Starym Mieście. Podczas pożaru tego kościoła trumnę przeniesiono do dominikańskiego kościoła św. Jacka, by w roku 1945 przenieść ją ponownie do kaplicy przy ul. Rakowieckiej. Tam do dziś szczątki doznają czci w nowo wybudowanym kościele św. Andrzeja Boboli, podniesionym do rangi narodowego sanktuarium. Warto jeszcze dodać, że z okazji 300-letniej rocznicy śmierci św. Andrzeja papież Pius XII wydał osobną encyklikę (16 V 1957), wychwalając wielkiego Męczennika.
W kwietniu 2002 r. watykańska Kongregacja Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, przychylając się do prośby Prymasa Polski kard. Józefa Glempa, nadała św. Andrzejowi Boboli tytuł drugorzędnego patrona Polski. Od tej pory obchód ku jego czci podniesiony został w całym kraju do rangi święta. Uroczystego ogłoszenia św. Andrzeja Boboli patronem Polski dokonał kard. Józef Glemp w Warszawie podczas Mszy świętej w sanktuarium ojców jezuitów, w którym są przechowywanie relikwie Świętego, 16 maja 2002 r. Święty jest ponadto patronem metropolii warszawskiej, archidiecezji białostockiej i warmińskiej, diecezji drohiczyńskiej, łomżyńskiej, pińskiej i płockiej. Jest czczony także jako patron kolejarzy.

W ikonografii św. Andrzej Bobola przedstawiany jest w stroju jezuity z szablami wbitymi w jego kark i prawą rękę lub jako wędrowiec.

Baszyńskie rozmowy o przeszłości

 
Publikujemy cykl wywiadów z naszymi parafianami pod ogólnym tytułem „Baszyńskie rozmowy o przeszłości”. Dzisiaj o drużynie piłkarskiej z Baszyna "Nastolatki". Prezentujemy wypowiedź Pana Mieczysława Dziubińskiego.

     Nasza drużyna piłkarska Ludowych Zespołów Sportowych w Baszynie nosiła nazwę „Nastolatki” Baszyn.Graliśmy w klasie „C”. Najsilniejszą była pod koniec lat siedemdziesiątych. Byliśmy na czele listy . Nie mogliśmy grać w wyższej klasie bo nie mieliśmy transportu na dalsze wyjazdy. Na mecze wyjazdowe do pobliskich wsi w powiecie wołowskim woził nas kółkowym traktorem z przyczepą Józef Miązek.
     Kapitanem drużyny był Marian Zarzecki, a bramkarzami Tadeusz Kociołek, Wacek Dziubiński i Piotr Tokarczyk. Pozostałymi zawodnikami byli: Olek Czubak, Kazimierz Dudek, Stanisław Dudek, Ryszard Dudek, Andrzej Dziubiński, Mieczysław Dziubiński, Stefan Maciocha, Eugeniusz Wesołowski z Baszyna i Mietek Wesołowski z Piskorzyny, który nie był krewnym naszego mieszkańca Eugeniusza Wesołowskiego. Czasami grał zapalony kibic Szczepan Miązek. W drużynie grali głównie zawodnicy z Baszyna i bracia Wróblewscy- koledzy Mariana Zarzeckiego .W późniejszym okresie w składzie mieliśmy również piłkarzy z okolicznych wsi, Zdzisława Przepiórkę i Stanisława Studzińskiego z Chwałkowic oraz „Felka” Sierżęgę z Wińska. Mecze odbywały się na boisku szkolnym, które służyło również do gry w piłkę ręczną i do siatkówki. Było ono nierówne, lekko pochyłe. Przed meczami odbywaliśmy narady. Jeżeli graliśmy u siebie to w pierwszej połowie meczu wybieraliśmy tę część boiska w której graliśmy pod górkę, aby mieć łatwiej w drugiej połowie.
     Gdy gminą w Wińsku zarządzał Foit to zlecił on Zdzisławowi Przepiórce utworzenie drużyny w Wińsku. Nowo powstała drużyna miała poparcie naczelnika Foita, jakieś diety oraz lepsze boisko i dlatego część graczy z naszej drużyny poszła grać do Wińska. Pamiętam jednak mecz Baszyn: Wińsko w którym tamci piłkarze przegrali z nami 9:1. Mimo naszych sukcesów, istnienia drużyny w Baszynie nie można było uratować. Mała liczba młodzieży we wsi, brak dobrego boiska, sponsorów oraz powstanie drużyny w Wińsku przyczyniły się do upadku zespołu w Baszynie.

            Od tamtej pory nie mamy zespołu piłkarskiego do dzisiaj. Obecnie w młodzikach w Krzelowie grają z naszej wsi Mateusz Dudek syn Wojciecha, Miłosz Dziubiński syn Zbigniewa i Kamil Dziubiński syn Krzysztofa. Młodzi mieszkańcy naszej wsi zwrócili się do mnie z inicjatywą utworzenia drużyny. Odpowiedziałem – jak zbierzecie około dwudziestu chętnych do gry, zaczniemy działać.

 
 
 
 
rozmowa z Danutą Beśką o tym, co minęło, a co nas ciągle dotyka
 
W przyszłości z rozmów toczonych z mieszkańcami Baszyna może powstanie książka , która będzie opowieścią o losach rodzin które tu mieszkają o rodach z których pochodzą, o wsi i domostwach , o instytucjach i organizacjach związanych z ludźmi tej miejscowości. Dlatego proszę o uchylenie rąbka tajemnicy o swoich przodkach
 
            Moja wiedza w tym względzie jest fragmentaryczna. Więcej wiem o rodzinie mojego ojca a niżeli mamy. Wynika to z dwóch faktów .Rodzina mojej mamy Katarzyny Lawrenc z domu Malik mająca korzenie w Nastasowie na Kresach, w województwie tarnopolskim została przesiedlona po wojnie do Drozdowic Małych i wiele związków rodzinnych zostało rozerwanych. Babcia Tekla Malik kojarzy mi się z kresowymi plackami i gołąbkami z kwaszonej kapusty, swoistymi zapachami kuchennymi. Jej ogród zapełniony był różnorodnymi kwiatami. Umiała szyć , haftować, dobrze gotowała , była bardzo zaradna. Za dziadka Józefa wyszła za mąż, bo jak mówiła, był dobrym tancerzem. Moja babcia nie chciała wspominać minionych czasów, bo były one związane z trudnymi przeżyciami i śmiercią rodziny Płotnickich czyli jej siostry i szwagra. Babcia przyjechała do Drozdowic z piątką swoich dzieci i dwójką sierot - po zamordowanej rodzinie siostry- Mieciem i Krysią Wiem od wujka Mieczysława Płotnickiego, który czasowo był pod opieką Józefa i Tekli Malików, że jego rodziców wraz z innymi pobitymi wrzucono do dołu, posypano wapnem i przesypano ziemią . Świadkowie którzy tam się zjawili przekazywali , że ziemia po odejściu bandytów ruszała się ,więc pewnie niektórzy jeszcze konali w grobie. Mieczysław Płotnicki odwiedził rodzinne strony Tarnopolszczyzny i potem naszą rodzinę i on opowiedział wówczas o swoich rodzicach. Wujek w dorosłym życiu mieszkał w Warszawie.
             Z dokumentów wynika moja mama Katarzyna Malik urodziła się w Tarnopolu w 1933 roku i już jej nie zapytam dlaczego nie w Nastasowie, bo nie żyje. Była najmłodszym dzieckiem w rodzinie. Wyszła za mąż za Jerzego Lawrenca pochodzącego z Torunia, czyli mojego ojca. O rodzinie Lawrenców wiem że przybyli w XIX wieku na Kujawy z Marsylii we Francji. Dziadek Władysław Lawrenc brał udział w dwóch wojnach światowych . Ojciec Władysława Lawrenca tzn. mój pradziadek wyemigrował do Ameryki Dziadek Władysław był dwukrotnie żonaty. Jego żona Marianna Lawrenc pochodziła z rodu Łęgowskich . Kiedy wychodziła za mąż za Władysława Lawrenca, on był wdowcem. Łęgowscy byli kiedyś majętną rodziną ziemiańską. Ale pradziadek z nieznanych mi powodów sprzedał swój majątek Potockim. Pieniądze ze sprzedaży ziemi podzielił między piątkę dzieci i kupił niewielki dom w rejonie Wąbrzeźna. Babcia Marianna Łęgowska urodzona w 1898 która była jeszcze panną, swoją część ulokowała w banku. Po pierwszej wojnie światowej na skutek trudności finansowych w państwie pieniądze straciły wartość i babcia zbankrutowała. Mimo krachu finansowego i przeżyć rodzinnych Marianna z Łęgowskich Lawrencowa żyła znacznie dłużej niż dziadek Władysław. Widywałam ją rzadko bo mieszkała w Toruniu. Pamiętam ją jako szykowną i żwawą staruszkę w kapelusiku , z parasolką. Zmarła w 1989 roku
 O rodzinie mojego męża Jana Beśki mogę powiedzieć, że teść pochodził spod Pajęczna w województwie łódzkim, a teściowa z Wielkopolski z Gostynia. Ja jestem od urodzenia mieszkanką powiatu wołowskiego. Moi rodzice Katarzyna i Jerzy Lawrencowie mieli pięcioro dzieci. Ojciec uchodził za „złotą rączkę”. Wiem że to on stawiał bardzo wysoki komin cegielni we Wrzącej. Moja siostra Bogusława zmarła w jako młoda kobieta w wieku 26 lat. Po zamążpójściu w 1979 roku, w związku z trudnościami mieszkaniowymi młodych małżeństw w latach osiemdziesiątych, kilkakrotnie zmieniałam miejsce zamieszkania, bo u rodziców nie było miejsca dla naszego małżeństwa W Baszynie mieszkam od 1987 roku.
 
Jak zmienił się Baszyn ?
 
            Życia w Baszynie i wyglądu wsi z pierwszych lat po drugiej wojnie światowej nie znam , bo jak mówiłam nie pochodzę z tej miejscowości, no i urodziłam się trzynaście lat po zakończeniu wojny. Ale oglądałam codziennie Baszyn z okien autobusu , gdy dojeżdżałam z Piskorzyny od Wołowa do szkoły. Zawsze interesowały mnie rośliny i kwiaty więc z wielkim zainteresowaniem śledziłam mijane miejscowości Uważałam wówczas, że Baszyn jest najładniejszą wsią na trasie Piskorzyna – Wołów. Miejscowość tonęła w zieleni, a jednocześnie była bardzo kolorowa. Widziałam liczne bzy mieniące się różnymi barwami, platany w otoczeniu kościoła. Znaczną część tych drzew usunięto z rozmaitych powodów w różnych latach.
            Gdy tu zamieszkałam nasz dom był zniszczony ,wymagał generalnego remontu. Zaczęłam od sprzątania otoczenia i sadzenia kwiatów. Stopniowo podejmowaliśmy kolejne naprawy. Na naszej posesji musieliśmy usunąć ogromną walącą się stodołę i zrujnowany budynek tartaku. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych widać było, że dom i zabudowania gospodarcze które obecnie jest własnością dwóch rodzin i jest opatrzone numerem 38 i 39 stanowiło jedną całość, własność niemieckiego właściciela ,że dawniej było to bardzo nowoczesne gospodarstwo Dom zbudowany został przed druga wojną światową , gdyż na ścianie budynku zachowała się data-1921 rok. Z tego samego okresu pochodziły ogromne stajnie i pomieszczenia gospodarcze. W czasie gdy my tu osiedliśmy, wszystkie zabudowania wymagały remontu lub rozbiórki.
Pierwszymi powojennymi mieszkańcami tego domu była rodzina Sobczaków i Dziubińskich. W pewnym okresie mieszkała tu rodzina Tereszkewiczów . Myślę że oni mogli by więcej opowiedzieć o niemieckich i polskich mieszkańcach tego domu.

            Mam wrażenie, że nie mieszkamy w Baszynie długo. Ale gdy spojrzę na swój ogród , usuwane krzewy , które się zestarzały , a które sama sadziłam, to zmusza do refleksji. Nie ma już między żyjącymi moich sąsiadów Mieczysława Zarzyckiego i jego żony Józefy, Szczepana i Izabeli Dudków, Tadeusza Dziubińskiego, Karoliny Bożek. Pojawili się we wsi nowi. Szczególnie cenię sobie dobre relacje z moimi sąsiadami . Wszystko się zmienia , ludzie, sposób życia , domy i ich otoczenie. W porach roku i w moim ogrodzie, w tej zmiennej jesieni i każdego mijającego dnia, dostrzegam nieustanny upływ czasu. Dzieje rodziny i losy ogrodu z którego stale coś usuwam i sadzę nauczyły mnie że nie warto nadmiernie troszczyć się to co zewnętrzne i przemijające. Ważne jest spokojne życie i sumienie.

 
rozmowa z Eugeniuszem Bednarzem z rodzinnym kronikarzem 
 
            Według znajomych ma Pan dużą wiedzę o rodzinie i Baszynie . Skąd ta wiedza?
 
         Kiedyś nie było telewizorów i do naszego domu przychodzili wieczorami sąsiedzi. Czytało się wówczas głośno Trylogię i inne książki lub rozmawiało o minionych czasach. Przysłuchiwałem się   tym rozmowom i wiele zapamiętałem. Gdy dorosłem sam rozmawiałem z tymi którzy mieli szczególne przeżycia czy to w czasie pobytu na Syberii jak pani Lubieniecka i Jastrzębscy, czy na froncie jak Michał Leśko, Alfred Czapski i mój chrzestny Edmund Dziubiński . O wydarzeniach związane z ewakuacją i   o rodzinie słyszałem głównie od babci Marianny Bednarzowaej, mamy Józefy i cioci Wabiszczewiczowej . Babci Mariannie urzędnicy po wojnie nie wiadomo dlaczego zmienili w dokumentach imię nazywając ją Marią .
 
             Rozmawiałam o Mariannie Bednarzowej z jej wnuczką , Krystyną Starmachową i ona proponowała żeby Pan uzupełnił wiedzę o rodzinie Bednarzów.
 
             Bednarzowie pochodzili spod Rzeszowa z miejscowości Stany. Rodzina wyjechała pod koniec XIX wieku na   Wołyń. Dziadek Aleksy był osadnikiem, babcia Marianna urodzona w Jadwimpolu w powiecie Dubno. Jej siostra Wiktoria po wojnie mieszkała w Wałbrzychu, a brat na drugiej półkuli. Jeżeli chodzi o mojego ojca Zygmunta pewnego dnia w czasie wojny wracał z Równego i ciągle psuł mu się rower. Gdy dotarł. do początku swojej wsi , spadł mu łańcuch i musiał się zatrzymać. Wówczas podszedł do niego mieszkający w pobliżu sąsiad z informacją że jego brat i szwagrowie zostali aresztowani przez Niemców. Ojciec do domu wówczas nie wrócił i nie został rozstrzelany. W krótkim odstępie czasowym doszło do kolejnego niebezpiecznego zdarzenia. Tym razem tato został w drodze schwytany przez banderowców którzy nakazali mu kopać dla siebie grób. W trakcie odpalania papierosa przez bandytów, udało mu się rzucić w oczy prześladowców łopatę piasku i zdzielić łopatą przez głowę. W trakcie ucieczki trafił na Niemców i dzięki temu nie zginął. Bo Ukraińcy w obecności Niemców przestali strzelać do niego, gdyż do banderowców rozpoczęli strzelaninę Niemcy. Żołnierze niemieccy zawieźli rannego ojca do szpitala w Równem. Po  tych wydarzeniach został skierowany do obozu pracy w rejon Hamburga. Mógł wychodzić , bo pracował w miejscowości Kel   we młynie u Niemca , który był również właścicielem mleczarni. Mając możliwość opuszczania obozu i posiadając na to dokumenty uciekł stamtąd. Został schwytany w pobliżu szwajcarskiej granicy. Za ucieczkę był bardzo bity, zmasakrowany siedział w areszcie. Od śmierci uratował go Niemiec u którego wcześniej pracował we młynie. On wydobył go z więzienia. Tato trafił na przyzwoitego Niemca. Gdy skończyła się wojna mógł wyjechać na Zachód lub do USA, ale postanowił wrócić do matki, która straciła już dwóch synów w czasie wojny. Rodzina u której pracował wyposażyła go na drogę w buty, ubranie , koszule w walizce i zegarek. Gdy Zygmunt Bednarz dotarł w rejon Odry i Nysy, żołnierze Armii Czerwonej zabrali mu walizkę. Szukał rodziny na Lubelszczyźnie. W końcu odnalazł ją w Baszynie i tu osiedlił się na stałe.
          Do Baszyna przyjechała w odwiedziny dziewczyna Józefa Kondel, moja mama. Jej stryj Józef Kondel z rodziną osiedlił się po wojnie w naszej wsi w gospodarstwie w pobliżu lasu tam gdzie w późniejszych latach funkcjonowało kółko rolnicze. Józef Kondel przed repatriacją pracował na poczcie w Winnicy, przy ładowaniu akumulatorów i konserwacji telefonów, a po wojnie jako elektryk w rejonie energetycznym w Wińsku. Po pewnym czasie zamieszkał w Wińsku.
            Mama poznała w Baszynie mojego tatę Zygmunta i w 1947 w miejscowości Stare Prażuchy koło Kalisza odbyło się wesele. Po ślubie rodzice zamieszkali w Baszynie. Tu prowadzili gospodarstwo i wychowali czwórkę dzieci.: Jana, Elżbietę, Eugeniusza i Annę. Byłem trzecim dzieckiem. Siostry po zamążpójściu wyjechały z Baszyna , a ja i rodzina mojego brata mieszkamy tu całe życie.
 
            Czy mama pochodziła ze Starych Prażuchów   koło Kalisza?
 
           Nie. Osiedliła się tam wraz ze swoją rodziną w 1945 roku. Wcześniej mieszkała w Starym Siole koło Lwowa. Mama w czasie wojny pracowała we Lwowie. Niemcy przemianowali miasto na Lemberg. Mama była zatrudniona w firmie której właścicielem był Niemiec, dlatego nie została wywieziona na roboty przymusowe. Przesiedlenie rodziny z której pochodziła matula miało miejsce jeszcze przed zakończeniem wojny, bo ludzie jadący tym transportem wspominali płonącą Legnicę i Ścinawę. Po trudach ewakuacji, jadąc przez Lwów, Kraków, Wrocław, Legnicę, Wińsko, Wąsosz, Poznań i Kalisz, dziesięć rodzin ze Starego Sioła przyjechało do nowego miejsca zamieszkania, do byłej wsi osadników niemieckich, czyli do Starych Prażuchów. Zamieszkali tam również moi dziadkowie Jan i Maria z Kopyrów Kondel.   Przyjechali oni razem z ósemką dzieci [sześć córek i dwóch synów ] oraz rodzicami dziadka Jana czyli moimi pradziadkami Sebastianem i Julią Kondel. .Inni mieszkańcy Starego Sioła w większych skupiskach osiedlili się w Krośnicach, Wierzchosławicach i innych wioskach w okolicy Milicza.
 
            Czy mama opowiadała o tych dwóch wsiach?
 
           Stare Prażuchy nie były duża wsią, należały do parafii Kosmów. Mama mieszkała tam tylko dwa lata.
            Natomiast w Starym Siole się urodziła i chodziła do szkoły. Stare Sioło to była duża gminna wieś, bardzo długa. Ciągnęła się na przestrzeni dziesięciu kilometrów, leżała w odległości 17 kilometrów od Lwowa, na południowy wschód od tego miasta. We wsi był zabytkowy zamek. Większość mieszkańców stanowili Polacy, ale mieszkali w niej również Ukraińcy, Żydzi i kilka rodzin niemieckich. Stare Sioło w 1939 roku zajęli Niemcy, ale po kilku dniach opuścili je i przyszli Sowieci   którzy tamtejszych osadników wojskowych i żołnierzy Piłsudskiego wywożono na zsyłkę. Zjawili się również aby wywieźć dziadka Jana Kondla, w czerwcowej turze w 1941 roku, tuż przed wojną niemiecko-sowiecką. Dziadek miał szczęście. Uniknął wywózki bo zagadnęli go na drodze, żeby wskazał dom Jana Kondla. Dom wskazał, ale do niego nie wrócił, a w niedługim czasie rozpoczęła się wojna między dwoma okupantami. Inny z mieszkańców uniknął zsyłki, bo miał mylnie wpisane nazwisko, a jego rodziców i rodzeństwo wywieziono. 
          W Staryn Siole mama spotkała osobiście dwóch żołnierzy. Pierwszy był bardzo młodym Niemcem,.który po przekroczeniu ich progu zapytał czy są Polakami czy Ukraińcami. Po uzyskaniu zapewnienia że będzie kwaterował w domu Polaków, swobodnie stawiał broń przy ścianie, a gdy zobaczył gromadkę dzieci , młodszym przynosił konserwy. Mówił źle o Hitlerze i nie chciał iść na front. Po dwóch tygodniach odszedł na zamek by dołączyć do wyjeżdżających na front wschodni żołnierz. Po kilku dniach znajoma powiedziała mamie: Niemiec, który u was kwaterował popełnił samobójstwo na zamku. Drugi żołnierz był rannym Rosjaninem który przyszedł do domu dziadków i zapytał mamę, czy ma coś do jedzenia. Był tak zakrwawiony , że trudno był rozpoznać czy jest młodym czy starym żołnierzem. Mama dała mu kubek mleka i chleb, następnie drugi kubek mleka i na drogę pajdę chleba. Żołnierz dziękował mówiąc niech Bóg wynagrodzi. Ledwo idąc ruszył w stronę zamku gdzie wówczas mieścił się szpital polowy, a drogą psie zaprzęgi ciągnęły na noszach innych rannych.
 
            Czy zna Pan losy swoich przodków?
 
            .Dziadek Jan był Piłsudczykiem, służył w KOP, uczestniczył w wojnie 1920. Został ranny w nogę, brał rentę wojskową około 120 złotych, czyli jak mówili krewni, otrzymywał tyle ile kosztowała wówczas krowa. Pochodzący ze Starego Sioła Jan Kondel mój dziadek i jego brat Józef Kondel który najpierw mieszkał w Baszynie, a później z Wińsku, byli synami Sebastiana Kondla pochodzącego z Korniaktowa koło Łańcuta, Pradziadek Sebastian poznał prababcię Julię pochodzącą ze Starego Sioła. Sebastian i   Julia tam założyli rodzinę. Pradziadkowie doczekali się pięciu synów i córkę Katarzynę. Pradziadek Sebastian Kondel służył w wojsku austro-węgierskim, brał udział w pierwszej wojnie światowej i dostał sie do niewoli rosyjskiej. Przebywał na pustyni w Turkmenistanie. Po zakończeniu I wojny światowej, pół roku zajęła mu podróż do Polski, do rodziny. Jako były żołnierz otrzymał propozycję osiedlenia się na Wołyniu. Chciał tam zamieszkać, bo jego kamraci z wojska osiedlali się na tamtejszych terenach, ale babcia nie chciała opuścić swojej wsi, więc pozostali w Starym Siole. W późniejszym czasie dowiedział się że rodziny kolegów i znajomych po wkroczeniu Rosjan zostały wywiezione na Syberię i do Kazachstanu.
Również drugi dziadek mojej mamy Józefy, nazwiskiem Kopyra brał udział w pierwszej wojnie i zginął na froncie włoskim.
 
             Rzeczywiście ma Pan dużą wiedzę o przodkach. Porozmawiajmy jeszcze o baszyńskiej szkole.
 
             Szkołę zacząłem” na górze”, a skończyłem “na dole”. Do tej “ na górze ” chodziłem w pierwszej i drugiej klasie, pozostałe klasy zaliczyłem w budynku w pobliżu mojego domu. Szkoła ” na górze” miała mniej pomieszczeń. W sumie były trzy sale lekcyjne mniejsze, w tym jedna przechodnia   i czwarta sala lekcyjna duża . W tej dużej odbywały się lekcje wychowania fizycznego ,wyświetlano filmy szkolne, odbywały się apele.Tam odbywało się rozpoczęcie roku szkolnego.
             W tej“na dole” mieszkał najpierw weterynarz Grabowski , a po nim Władysław Jastrzębski, który miał trzech synów. Jastrzębski sprzedał dom na potrzeby szkoły ,a sam wyjechał do Wołowa. Dom obecnie zajmowany przez rodzinę Słabickich został wykupiony przez mieszkańców Baszyna i przeznaczony na szkołę, którą przejęła gmina. Było w niej pięć klas i kancelaria. Brak było sali gimnastycznej, ale nam to nie przeszkadzało. W piłkę graliśmy nawet na śniegu. Szkoła w Baszynie” na dole “ zaczęła funkcjonować w 1965 roku. Istniała dwadzieścia lat. Początkowo była siedmioklasową, potem ośmioklasową, a na końcu działała jako czteroklasowa. Chodziły do niej dzieci z Domanic, Baszyna i Chwałkowic. Klasy były łączone. Dzieci uczęszczające do pierwsze i drugiej klasy uczyły się razem, trzecia z czwartą, piąta z szóstą i siódma z ósmą.
W naszej klasie było pięcioro dzieci z Baszyna. Trzy dziewczyny Halina Dziubińska, Teresa Bożek i Regina Kwaśna , uczniów było dwóch Piotr Tokarczyk i Eugeniusz Bednarz. Ponieważ mieszkałem blisko szkoły, więc zdarzało się, że się do niej spóźniałem, ale tato zaraz o tym wiedział, bo był w naszej szkole woźnym.
 
            Pamięta Pan nauczycieli?
            Odkąd sięgam pamięcią, uczył zawsze w naszej szkole Tadeusz Słabicki. Długoletnimi nauczycielkami były Helena Jankowska i Anna Jasińska . Uczyła również Alicja Balicka , Wanda Lelek po mężu Wesołowska, Halina Kuśmierczak, Danuta Stasiszyn z Jakubikowic, Zofia Łozińska – Woszczewska, Irena Radziszewska po mężu Kopczyńska z Domanic. W ostatnich latach pracowało małżeństwo Przybyszów i Zofia Kamińska która uczyła zerówkę.
W naszej szkole nauczyciele wraz z uczniami przygotowywali przedstawienia teatralne , które odbywały się w świetlicy. Na te spektakle przychodziła cała społeczność baszyńska. Wystawiano między innymi Krzyżaków, Zemstę, Pana Wołodyjowskiego. Aktorami byli uczniowie.
 

            Za dzisiejszą rozmowę dziękuję i umawiam się z Panem na jeszcze jedną o Baszynie , bo wspominał Pan o kółku rolniczym , zespole sportowym, o zmieniającym się wyglądzie wsi.

 
 
…rozmowa z Panią Barbarą Leśko
P ani Barbaro widzę, że rodzina posiada dokumenty , zdjęcia i informacje pisemne. Gdzie szukać waszych korzeni ?
            Zarówno moje jak i mojego męża Antoniego sięgają Kresów. Związane są one z miejscowościami Michalcze, Turówka i Chłopy. W naszej rodzinie mamy przedstawicieli trzech województw: lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego czyli Kresów Południowowschodnich.
            Michalcze było dużą wsią w powiecie Horodenka, w województwie stanisławowskim, z mieszaną ludnością polską i ukraińską. We wsi istniała szkoła, kościół, cerkiew i dom ludowy. Stąd korzenie mojej matki.
            Turówka to wieś gminna w powiecie w Skałat, w województwie tarnopolskim. Stąd pochodziła rodzina mojego ojca. Ze zdziwieniem i radością przyjełam wiadomość , że z rodzinnej miejscowości mojego taty pochodzą osiedleni w Baszynie Żukowscy.
            Chłopy w powiecie rudeckim, w województwie lwowskim to miejscowość skąd wywodzi się rodzina mojego męża. W Baszynie oprócz rodziny Leśko zamieszkają obecnie potomkowie innych rodzin wywodzących si ę z tej miejscowości, Są to Gutkowski, Grynienko i Franciszka Krzesaj- Lisowa.
            Jak daleko sięga Pani wiedza o przodkach ?
            Najwięcej wiadomości przekazała mi moja mama o swoich dziadkach którzy pochodzili z Michalcza. W roku 1866 urodził się mój pradziadek Józef Kazimierczuk, który ożenił się z dziewięć lat młodszą Bazyliną z Aftarczuków. Moi pradziadkowie pracowali na roli. Dotykały ich w małżeństwie nieszczęścia. Urodziło im się czworo dzieci, które umierały we wczesnym dzieciństwie, nie dożywając pierwszego roku życia. Ponadto w Michalczu pod pod koniec XIX wieku wybuchł pożar niszczący wiele gospodarstw. Pożoga nie ominęła gospodarstwa pradziadków. Pożar i bieda były przyczyną ich emigracji na drugą półkulę. Z pomocą rodziny zebrali pieniądze na wyjazd do Brazylii i udali się tam „ za chlebem".
Pradziadowie Józef i Bazylina po szczęśliwym dotarciu do Brazylii ,osiedlili się na jej północnych terenach i bardzo ciężko pracowali przy karczowaniu lasów. Wyczerpująca praca i choroby tropikalne,, dziesiątkowały pracowników. Czasami z tych samych powodów wśród emigrantów zdarzały się samobójstwa Zachorowała również prababcia, tracąc częściowo wzrok. Wyczerpujący tryb życia i choroba żony były powodem kolejnej zmiany miejsca zamieszkania Kazimierczuków. Znaleźli pracę i mieszkanie u wielkiego plantatora kawy w pobliżu Rio de Janeiro. Pradziadek Józef pracował przy zbiorze kawy, a jego żona w domu właścicieli. Tam w Brazylii, w Rio de Janeiro 4 kwietnia 1897 roku urodził się mój dziadek Antoni Kazimierczuk. Jego urodziny były wielkim szczęściem dla rodziców, gdyż – jak wspominałam- wcześniejsze dzieci umierały. Nadto właściciele plantacji, którzy darzyli sympatią rodzinę Kazimierczuków, po narodzeniu Antoniego bardzo się o niego troszczyli i kochali jak syna, ponieważ nie posiadali własnych dzieci. Tymczasem pradziadkowie zdążyli zarobić pieniądze na odbudowę swojego gospodarstwa i postanowili wrócić do ojczyzny. Na wieść o zamiarze powrotu Kazimierczuków w rodzinne strony, właściciele plantacji błagali o pozostawienie Antoniego w Rio de Janeiro, obiecując opiekę i wykształcenie oraz możliwość powrotu Antoniego do rodziców w dorosłym życiu. Ale pradziadkowie nie zamierzali zostawiać jedynego syna w Brazylii, nawet za cenę lepszego losu. Do Michalcza przyjechali we troje, dokupili ziemię i na zgliszczach starego domu postawili nowy.
            Mój dziadek Antoni Kazimierczuk służył w Suwałkach w błękitnej armii generała Hallera. W roku 1922 w Michalczu, mający 25 lat Antoni ożenił się z siedemnastoletnią Katarzyną Andriasz. Rodzice babci Katarzyny byli zamożnymi ludźmi, jej ojciec był przez dwadzieścia lat wójtem. W małżeństwie Antoniego i Katarzyny Kazimierczuków urodziło się dwoje dzieci, syn Józef 19 marca 1931 roku, a 11 listopada 1936 córka Helena, czyli moja mama.
            W czasie II wojny światowej, wieś Michalcze była bombardowana, zarówno przez wojska sowieckie jak i niemieckie, a mieszkańcy szukali schronienia w piwnicach i schronach. Ponieważ bombardowania trwały, wiec ludzie z Michalcza uciekali przed nimi do niedalekiej Rumunii. Udała się tam również rodzina mojej mamy. Gdy ustały walki, Kazimierczukowie powrócili do Michalcza, ale nie było tam bezpiecznie za sprawą UPA. Z opowiadań mamy wiem, że codziennie przez pół roku wieczorem wspinali się na kościelną wieżę, szukając tam schronienia na noc. Jednak nie wszyscy dobrze się kryli, pięć osób wśród krewnych dziadka Antoniego, w tym małe dziecko straciło życie. Od lata 1944 roku tereny gdzie leżała wieś Michalcze, podlegały władzy radzieckiej i powołano ukraińską szkołę. Mama i wujek Józef uczęszczali do niej przez rok. W końcu listopada 1945 roku rodziny z Michalcza zdecydowały się na przesiedlenie, bo znaleźli się w wyniku postanowień międzynarodowych za granicami Polski. Rodzina dziadków Kazimierczuków i pięć innych, zapakowały się do jednego wagonu towarowego, a ich zwierzęta załadowano do innego i wyjechali z województwa stanisławowskiego. Po długotrwałej podróży, dłuższy postój był na Górnym Śląsku. Tam zaproponowano przesiedleńcom zamieszkanie w mieście, ale oni odrzucili tę propozycję, bo byli związani z pracą na wsi. Dalej przez tereny położone na południu dotarli do Jeleniej Góry i tam cześć repatriantów w tym moi krewni, wysiedli z pociągu i osiedlili się w tamtym rejonie. Inni przed Bożym Narodzeniem 1945 roku dojechali do Wińska. Rodzina dziadka Antoniego i pięć rodzin z wagonu, którym podróżowali wysiedli na tej stacji. Przesiedleńcy zajęli puste domy w Łazach. Wieś, w której zamieszkali była niewielka, liczyła 26 numerów. Dzieci z tej niewielkiej miejscowości chodziły do szkoły do Kozowa.
            Mama Helena w 1957 roku wyszła za mąż za bardzo muzykalnego Bazylego Michalinę urodzonego w Turówce. Moje dzieci po Nim odziedziczyły zdolności muzyczne Mama była nauczycielką w przedszkolu. Nasza czteroosobowa rodzina mieszkała w niedalekim miasteczku, w Ścinawie. Mam starszą o trzy lata siostrę.
            Jak trafiła Pani do Baszyna?
             Moja "przygoda" z tym miejscem trwa prawie trzydzieści lat. Trafiła mnie strzała amora na weselu mojego kuzyna we wsi Kozowo, gdzie poznałam mojego przyszłego męża Antoniego. Po ślubie zamieszkaliśmy w domu moich teściów Michała i Filipiny Leśko w Baszynie, Mój teść Michał Leśko, syn Jana i Karoliny z Grynienków, brał udział w drugiej wojnie światowej, ale o czasach wojny mówił niechętnie, bo bardzo się wzruszał. Gdy zaczynał mówić o forsowaniu Odry i Nysy jego głos się załamywał, a w oczach pojawiały się łzy. W ogóle był niechętny wszelkim militariom, bardzo źle reagował na zabawki dziecięce takie jak czołg czy karabin. Nie pozwalał naszemu synowi Pawłowi kupować takich zabawek. Z dokumentów które posiadamy i skąpych opowiadań wiemy, że drugiego maja 1945 roku, na kilka godzin przed kapitulacją Berlina został ranny i będąc w szpitalu słyszał salwy na cześć zwycięstwa. Z dokumentów wiemy również, że Michał był żołnierzem, strzelcem w 1 Dywizji im. Tadeusza Kościuszki i służył w II Pułku Piechoty od listopada 1944 do 2 maja 1945 roku. Za forsowanie Odry i za zdobycie Berlina otrzymał odznaczenia radzieckie oraz polskie odznaczenie srebrny Krzyż Grunwaldu
            W pierwszej wojnie światowej brał udział, dziadek mojego męża Jan Leśko i również był ranny, stracił w niej rękę. Jego żona Regina Leśko była akuszerką – dzisiaj powiedzielibyśmy położną – we wsi Chłopy. Jan i Regina Leśkowie mieli troje dzieci, oprócz Michała, dwie córki Katarzynę i Franciszkę. Babcia Regina nie chciała wyjechać ze swojej wsi, dlatego teściowie i dziadek Jan Leśko przyjechali do Polski dopiero po śmierci żony -to znaczy babci mojego męża Antoniego – w 1957 roku. Teść Michał Leśko był mężem Filipiny z domu Cygan. Rodzicami Filipiny byli Karolina i Piotr Cyganowie. Rodzina Cyganów pochodząca z Chłopów przyjechała na Dolny Śląsk zaraz po drugiej wojnie światowej. Właśnie w Baszynie mieszkał brat Filipiny Leśkowej, Stanisław Cygan którego gospodarstwo nabył w późniejszych latach Grynienko. Mama męża, Filipina urodziła siedmioro dzieci, ale czworo zmarło w dzieciństwie. Mąż Antoni który był najmłodszym dzieckiem, ma brata Franciszka i siostrę Czesławę. Moi teściowie byli zgodnym małżeństwem. Teściowa znała wiele piosenek i krótkich wierszyków, które uczyła nasze dzieci. Pawła i Zapamiętałam jeden z nich: Ta wysoka wieża woła,/ chodźcie dzieci do kościoła/do kościoła chodzić trzeba/aby dostać się do nieba.
Pewnie tego wierszyka nauczę mojego wnusia Michałka.
            Jak się Pani mieszka w Baszynie?
            Na początku zderzenie z ówczesną rzeczywistością było bolesne. Nie byłam przyzwyczajona do ciężkiej pracy fizycznej i permanentnego braku wody. Bo okazało się że w gospodarstwie wody w studni wystarczało zaledwie na potrzeby domowe, a przecież były jeszcze zwierzęta. Te musiały korzystać wracając z pastwiska, z brudnej wody z rowu. Mój mąż co pewien czas jeździł z beczkami do mojego chrzestnego do innej wsi i przywoził wodę, która wlewał do naszej studni. Taka sytuacja trwała do 1991 roku. Wtedy doprowadzono wodę do Baszyna. Dopiero wówczas mogliśmy rozwinąć hodowlę. Mimo początkowych trudności odnalazłam na wsi swoje miejsce na ziemi , praca w gospodarstwie pochłonęła mnie do reszty,
            Co nosi Pani w sercu?

            Pokochałam wieś, nasze kamienne podwórko, dziki winogron na płocie, gęganie moich gęsi. Nasze dzieci wybrały inny sposób na życie, ale może kiedyś wrócą na wieś. Na razie wracają na rodzinne spotkania i uroczystości, no i wtedy wspominamy ich dziadków Michała i Filipinę Leśko oraz Bazylego Michalinę, których nie ma już z nami.

 
...rozmowa z małżeństwem Grynienko o genealogicznych poszukiwaniach oraz o cmentarzach na Kresach i w Baszynie

 Jakie drogi przywiodły Was do Baszyna?

             Nasze rodziny pochodzą z Kresów. Rodzina Grynienków po perypetiach wojennych i kilkakrotnej zmianie miejsca zamieszkania na Dolnym Ślasku, kupiła tu dom od repatrianta nazwiskiem Cygan. Od tej pory mieszkaliśmy w Baszynie. Natomiast żona pochodzi z Wołowa, a jej przodkowie z Podkamienia z powiatu Brody w województwie tarnopolskim. Zamierzaliśmy osiąść na stałe w Wołowie, a tutaj mieliśmy mieszkać tylko pięć lat, ale nie miał kto zająć się gospodarstwem po rodzicach i rodzeństwo namawiało mnie jako najmłodszego, żebym je przejął. Zgodziliśmy się z żoną i prowadzimy je do dzisiaj.

 Panie Zdzisławie, czy możemy porozmawiać o bliskich ?

               Mojego stryja Władysława nurtowało nasze nazwisko, bo takie niby rosyjskie. Kiedyś znalazł się w Warszawie i wówczas od pewnego człowieka dowiedział się że na Mazowszu w jednej z miejscowości co drugi mieszkaniec to Grynienko. Udał się tam i przekonał, że to prawda. Poszukiwania genealogiczne doprowadziły go do kolejnego odkrycia. Grynienkowie wyemigrowali w ramach zasiedlenia zrujnowanej po najazdach i wojnach    Rusi Czerwonej, czyli do ówczesnego województwa ruskiego . Tam na Kresach  Grynienkowie do 1945 roku mieszkali w Chłopach, w gminie Komarno, w    powiecie Rudki w województwie lwowskim.

Jaką wiedzę o tamtym miejscu i tamtych czasach przekazała rodzina młodszym pokoleniom

            Z rodzinnych stron rodziców pochodził Maciej Rataj który urodził się w Chłopach w rodzinie tamtejszego rolnika. Maciej zdobył wykształcenie gimnazjalne i uniwersyteckie. Należał do przedwojennego PSLu i jako poseł pełnił funkcję marszałka sejmu. W listopadzie 1939 roku został przez Niemców rozstrzelany w Palmirach pod Warszawą i tam znajduje się jego grób. Inni Ratajowie pochodzący z Chłopów mieszkali po wojnie w Grzeszynie.
Moja mama Waleria Grynienko z domu Smalec opowiadała często o czasach przedwojennych, o wojnie, o zachowaniu Rosjan i ich kłamstwach. Sowieci zarekwirowali konie i żywność, a nadto chwalili się że u nich wszystko jest, a Stalin wymyślił nawet maszynę do produkcji pomarańczy i cytryn. Matka często wspominała o banderowskim ataku na pobliską Litewkę, gdzie mieszkali nasi krewni. Gdy dowiedziała się o tym napadzie , pobiegła do nich. Uważam, ze wykazała się odwagą, ale była to decyzja niebezpieczna i nieprzemyślana. Na szczęście rodzina ukryła się w lesie i przeżyła. Wujek o imieniu Antoni powtarzał wielokrotnie, że uratował go patron, bo atak miał miejsce 13 czerwca w dzień imienin, a jemu udało się uciec oknem, boso.
Tato   Kazimierz Grynienko, wspominał swoje duże gospodarstwo, w którym było dwa hektary sadu i dom który przed wojną zaczął budować dziadek. Ojciec w czasie wojny służył w łączności. Jego przełożony proponował mu stanowisko naczelnika poczty w Gorzowie Wielkopolskim, ale on jesienią 1945 roku powrócił do rodziny, bo dziadkowie i żona z dziećmi byli jeszcze w Chłopach. Tato przyjechał do nich , chociaż mama pisała w liście, żeby nie wracał, bo i tak trzeba wyjeżdżać. Rodzice z przykrością opuszczali swoje gospodarstwo, bo było im żal nowego domu. Nie będąc do końca poinformowanymi o ustaleniach Stalina z Rooseveltem i Churchillem, szukali- sądząc początkowo – tymczasowego miejsca osiedlenia w Namysłowie, Piskorzynie , Rudawie i w końcu w Baszynie.
 
 Wspomniał pan o kresowych miejscowościach gminnym Komarnie i powiatowych Rudkach. Powiatowe Rudki są związane z osobą Aleksandra Fredry. W tamtejszym kościele komediopisarz spoczął po śmierci.                                                                                                                             
            Byłem w roku 1973 w Chłopach, w Komarnie i we Lwowie . W rodzinnych stronach odwiedziłem cmentarz i gospodarstwo rodziców. Gdy tam dotarłem skierowałem się prosto do sadu , bo w głowie miałem słowa mojego ojca: te porzeczki w Baszynie to są małe , w naszym sadzie w Chłopach to ich owoce były wielkości paznokcia. Do gospodarstwa wiodła żelazna brama i dwie grusze – mówił mój ojciec. Sprawdziłem, grusze rosły, ale bramy nie było.
W byłym domu zapytałem aktualnej właścicielki, czy mogę wejść do pokoju po lewej stronie, Musiałem sprawdzić to co mówił tato : pokój po lewej stronie ,nie miał jeszcze podłogi. Wszedłem do tego pomieszczenia i w 1973 roku podłogi nie było w dalszym ciągu..
 W Chłopach pozostał brat mojej mamy wujek Bolesław Smalec. Uważał on że ci co opuścili Kresy, nie byli patriotami. Wujek Bolesław sądził że tam znów będzie Polska. W rozmowie ze mną powiedział, że trwa na posterunku, czeka na Polskę, a tymczasem we Lwowie kupuje polskie gazety. Pokazywał mi całe stosy polskich czasopism. Wuj Polski na Kresach nie doczekał, a jego wnukowie już w dobie współczesnej otrzymali polskie obywatelstwo i studiowali we Wrocławiu. Wracając do tamtej wizyty, widziałem zniszczony cmentarz na którym spoczywał mój dziadek, zdewastowany kościół w którym był grób Fredry. We Lwowie na cmentarzu Łyczakowskim w bocznych alejkach widziałem uszkodzone pomniki szczególnie te z polskimi nazwiskami. Trafiłem na czas walki o cmentarz Orląt Lwowskich i próbę obrony tego cmentarza otoczonego kordonem, przez mieszkających tam Polaków. Jedna rzeźba lwa została obroniona , a drugi legł w gruzach. Dlatego bardzo źle odebrałem likwidację cmentarza niemieckiego w Baszynie, bo nosiłem w pamięci tamte obrazy naszych cmentarzy na Ukrainie. Też były dewastowane i likwidowane. Nie ma co wymagać od innych , jeżeli my nie jesteśmy w porządku.

Pamięta pan niemiecki cmentarz w Baszynie?

Pamiętam ten cmentarz. Niektóre tablice na nagrobkach były marmurowe. Utkwił mi szczególnie w pamięci grobowiec prawdopodobnie bardzo zamożnego mieszkańca, bo był ogrodzony, wykonany z ornamentami, a pod krzyżem była przedstawiona scena rolnika orzącego pole w którego trafia piorun. Obecnie po ziemi gdzie były groby chodzi się, młodzież gra w piłkę, dzieci mają plac zabaw. Decyzję likwidacji cmentarza w Baszynie wydał naczelnik gminy, czy inni ludzie nie przyczynili się do powzięcia postanowienia o jego likwidacji tego nie wiem. Poniemieckie nagrobki wywieziono do lasu i zrzucono po drugiej stronie drogi prowadzącej do obecnego cmentarza . Wiem że likwidacja cmentarza była przy współudziale mieszkańców Baszyna, nad czym bolałem, bo na ten cmentarz przyjeżdżał Niemiec i palił świeczki na grobach swoich bliskich. Wystawiliśmy sobie jako współcześni mieszkańcy Baszyna złą opinię i wykazaliśmy się brakiem kultury.

Ma Pan rację. Również uważam, że nie można chodzić i skakać po kościach zmarłych , bez względu czy spoczywa tam Niemiec , Polak czy ktoś z innego narodu. A zabawy, gry dzieci i młodzieży na cmentarzu zabijają u nich wrażliwość, więc nie ma się co dziwić , gdy młodzi demolują miejsca spoczynku zmarłych w naszym kraju. Najpierw trzeba uczyć szacunku dla zmarłych. W moim domu rodzinnym o kresowych tradycjach mama śpiewała nam piosenkę , której fragment nawiązuje w inny sposób do opisanej przez Pana sprawy. Zaśpiewam ją Państwu:
            " Co ty tu robisz i co się przechadzasz
            i nam umarłym w spoczynku przeszkadzasz                                     
Oddal się, oddal boś Ty cudzoziemiec
 możeś ty Moskal a możeś i Niemiec
Bo tu jest spoczynek rycerzy Polaków ,
nikt tu wejść nie może prócz naszych rodaków"
Tak, plac gier i zabaw na byłym cmentarzu, to nie był pomysł z kręgu rycerzy.
Słyszałam ,że pani Janina również była na cmentarzu , ale w Podkamieniu koło Brodów. Zapytam   więc żonę   Janinę Grynienko z domu Makarewicz czyli "Panią z Miasta Wołowa", która osiadła na wsi: Czy z Podkamienia do Wołowa przyjechała cała Pani rodzina?

             W Wołowie osiedliło się wielu mieszkańców miejscowości z której pochodziła rodzina mojej mamy. Babcia nosiła nazwisko Czerska, a pochodziła z Iłowskich. Część rodziny została zamordowana w Podkamieniu. Dzięki inicjatywie byłych mieszkańców Podkamienia i ich potomków, po wielu staraniach stanął tam pomnik. Byłam w Podkamieniu wraz z innymi mieszkańcami Wołowa i widziałam postument na którym są wypisane ofiary mordu. 
Podkamień to była znana miejscowość pielgrzymkowo -odpustowa, gdzie na Górze Różańcowej był klasztor i kościół ojców dominikanów, a w nim cudowny obraz Matki Bożej Podkamieńskiej. Była to kopia Matki Boskiej Śnieżnej z bazyliki w Rzymie. W marcu 1944 roku klasztor zaatakowała i zniszczyła banda UPA. Właśnie wtedy zginęło wielu Polaków, którzy szukali schronienia w klasztorze .

Uzupełnię   Pani wypowiedź informacją, że nie wszystkie nazwiska pomordowanych umieszczono na pomniku . W klasztorze schronili się również akowcy którzy nie pochodzili z Podkamienia. Współczesne tamtejsze, władze wyraziły zgodę na umieszczenie nazwisk, tylko ludzi pochodzących z Podkamienia. Natomiast obraz Matki Bożej Podkamieńskiej ocalał, został wywieziony najpierw do Lwowa, następnie do Krakowa, a od 1959 roku znajduje się w kościele ojców dominikanów pod wezwaniem św Wojciecha we Wrocławiu .

rozmowa z Panią Jadwigą Słabicką z Dudków

Miała Pani traumatyczne przeżycia w dzieciństwie
 
           Tragiczne wydarzenia znam z opowiadań rodziców, bo ja byłam zbyt mała żeby je pamiętać. Moi rodzice Dudek Franciszek i Józefa z Czubaków mieszkali wśród łąk, w pobliżu lasu i rosnących na jego obrzeżach   zarośli we wsi Kolonia Popina. Gospodarstwo posiadało dom z piwnicą oraz stajnię i stodołę w pobliżu wspomnianych wcześniej krzaków. Mówię o tych pomieszczeniach bo w nich rozgrywały się wydarzenia tak istotne dla rodziny Czubaków z której pochodziła moja mama. Nie znam daty tragedii. Wiem że miała ona miejsce w czasie drugiej wojny światowej , gdy Kolonia Popina była pod okupacją niemiecką, a w okolicznych lasach pojawiła się partyzantka radziecka. Ci partyzanci często nocami przychodzili do okolicznych domów po potrzebne im produkty. Brali je bez zbędnych ceregieli nie licząc się ze zdaniem gospodarzy, po prostu rabowali. Niemcy zaś pilnowali żeby Polacy nie pomagali partyzantom.
            W takich okolicznościach pewnego dnia pojawił się w gospodarstwie Czubaków niemiecki   oddział. Dowodził nimi miejscowy Niemiec lub volksdeutsch. Bez żadnych wyjaśnień zastrzelili oni mojego dziadka Jana Czubaka. Babcia Franciszka Czubakowa, która była poza domem, gdy usłyszała o przybyciu Niemców natychmiast powróciła do domu i została zastrzelona w furtce. Siedemnastoletnia siostra mamy Janina zdecydowała się uciekać przez okno w piwnicy. Jednak została zauważona na podwórzu za kopcem ziemniaków i chociaż na kolanach błagała   o darowanie życia, Niemiec ją zastrzelił. Został wówczas pozbawiony życia brat mamy Adam Czubak i brat dziadka Wacław Czubak który przyszedł odwiedzić rodzinę. Uratowała się część rodziny, jedni bo udało im się uciec, drudzy z innych powodów. Mamy brat, młody Stefan Czubak ocalał , bo był na strychu obory i stamtąd wyskoczył oknem w krzaki i dalej ratował się ucieczką. Kazimiera Czubakówna najmłodsza z rodzeństwa uniknęła śmierci, bo nie było jej w domu. Przeżyli moi rodzice Franciszek i Józefa Dudkowie   którzy byli w tym czasie w stodole. Widząc co się dzieje, tylnym wyjściem zaczęli uciekać polem i między krzakami do lasu. Ojciec nie tylko uciekał przed kulami, ale i ciągnął za sobą mamę, która opierała się krzyczała, że w domu zostało dziecko. Ojciec ją ciągnął i mówił, że jeżeli mają dziecko zabić to i tak nie pomoże, a sama straci życie. Strzelano za nimi, ale kule szczęśliwie ich nie trafiły. Mama była niespokojną o mnie i dlatego po pewnym czasie, o zmroku tato i kolega ojca skradali się do domu, żeby sprawdzić co się ze mną dzieje. Gdy Niemcy odjechali mężczyźni weszli do domu , ale w nim dziecka nie było.
Moje ocalenie zawdzięczam jednemu z egzekutorów. Zawołał on sąsiadkę i nakazał jej żeby zabrała dziecko. Powiedział on że dwukrotnie mierzył do dziecka, ale nie mógł mnie zastrzelić, bo on również miał małe dzieci. Sąsiadka szybko zabrała mnie do swojego domu.

 Czy Pani mama wiedziała dlaczego rozstrzelano jej najbliższych ?
 

Nie , tylko przypuszczała że mogło tak być, iż Niemcy z jakiegoś powodu uznali ich rodzinę za wspomagającą partyzantów, choć tak nie było. Ta tragiczna w skutkach historia rodziny Czubaków miała swój dalszy ciąg po wojnie. Byłam nastolatką, gdy do Baszyna zawitał stryj mojej mamy, brat dziadka, Franciszek Czubak, który mieszkał w Nieszawie koło Aleksandrowa Kujawskiego. Przyjechał do naszego domu z niezwykłymi wiadomościami. Otrzymał bowiem list od byłej służącej, owego dowódcy oddziału, który wymordował rodzinę Czubaków. Donosiła ona że ten człowiek, który pracował dla Niemców, żyje w Polsce. Dziwnym zbiegiem okoliczności jest jej sąsiadem, pracuje w milicji i pełni funkcję komendanta.. Stryj naciskał na mamę żeby wszcząć proces sądowy , gdyż kobieta która poinformowała o wszystkim Franciszka Czubaka i wiedziała o sprawkach owego człowieka chciała zeznawać w tej sprawie, a nawet zachęcała rodzinę do wytoczenia procesu. Mama jednak bała się o swoją rodzinę, o swoje dzieci. Powiedziała że zamordowanym życia proces nie przywróci , a żyjącym może zaszkodzić.


rozmowa z Panią Franciszek Krzesaj-Lis

Pochodzi Pani z..?
            Chłopów koło Stryja w województwie stanisławowskim, choć stamtąd było bliżej do Lwowa. Urodziłam się w czasie wojny w tej dużej wsi, gdzie mieszkało wielu Polaków. Wieś Chłopy ciągnęła się na przestrzeni pięciu kilometrów, wzdłuż rzeczki. Był w niej kościół katolicki i szkoła.
 Zapytam Panią o rodzinę.
             Rodzina z której pochodzę to Bijakowie, którzy mieli troje dzieci: Kazimierę, Czesławę i Franciszkę. Byłam najmłodszym dzieckiem. Rodzice Kazimierz i Katarzyna z domu Leśków i moje rodzeństwo dwukrotnie uniknęli przykrych przeżyć. Mama będąc synową mieszkała na kolonii Klicko razem z rodzicami ojca, Mateuszem i Antoniną Bijak. W rodzinie Bijaków mamy księdza [, który był przez pewien okres proboszczem w Głębowicach]. Wracam do wspomnień Ciocia Aniela, siostra ojca, również mieszkała na tej kolonii. Kiedy rodzicom spalił się dom , kupili inny w Chłopach. I dlatego ominęła ich wywózka na Syberię. Bo cała kolonia Klicko została wywieziona, Zostali wówczas zabrani z domu dziadek Mateusz, babcia Antonina, ciocia Aniela i jej trójka dzieci Kazimiera, Janina i Edward, również stryj Karol z żoną Marią oraz ich syn. Krewnych załadowano na sanie i skierowano na dworzec do wywózki. Wszystkich umieszczono w towarowym pociągu z wyjątkiem babci Antoniny, która uciekła ze stacji końmi. Wywieziono wówczas nie tylko moich krewnych ale i wielu znajomych rodziców. Dziadek Mateusz Bijak zmarł w drodze na Syberię i został pochowany pod jakąś brzózką. Rodzina cioci Anieli po powrocie z Syberii osiedliła się w Kostrzynie nad Odrą. Stryj Karol po wojnie nie wrócił do Polski , zamieszkał z rodziną w Anglii bo miał wielki żal , że tak cierpieli na zsyłce. 
Drudzy dziadkowie , rodzice mamy, Jan i Regina Leśkowie byli mieszkańcami Chłopów. Dziadek Jan Leśko brał udział w I wojny światowej , a jego syn Michał Leśko, który był bratem mojej mamy i moim chrzestnym był na froncie w czasie II wojny światowej i został ranny w ostatnim dniu wojny w samym Berlinie. Wujek wrócił po zakończeniu wojny do Chłopów. Babcia Leśkowa nie chciała wyjechać ze swojej ziemi, gdyż żal jej było nowego domu. Dlatego Leśkowie przyjechali do Baszyna dopiero w 1956 roku. Ich przyjazd do Polski mógł dojść do skutku po staraniach rodziny mieszkającej w Polsce. Zamieszkali oni w domu w którym mieszkał brat mojej wujny Filipiny Lesko, który nosił nazwisko Cygan. W tym domu obecnie mieszka rodzina mojego kuzyna Antka Leśko.
 
Czy pamięta Pani napady banderowców? 
 
            Niewiele. Jak zaczęły się napady na polskie osady chowaliśmy się do prowizorycznego schronu czyli do ziemianki, ale to była słaba kryjówka,. Polacy w Chłopach  trzymali nocną straż , aby nie zaskoczył ich napad banderowców. Natomiast mieszkańcy okolicznych kolonii tracili życie i mienie , bo bandyci zabijali, rabowali i palili domy Polaków.  Kolonia Klicko, została spalona. Szkoda było nam sadu dziadków. Mieszkająca na sąsiedniej   kolonii Litewka, siostra mamy, ciocia Franciszka Harhala której mąż był wtedy na froncie, przeżyła napad banderowców, kryjąc się z małym synkiem w rosnącym w pobliżu zbożu.   Wszystko wokół niej płonęło, a ona leżała z dzieckiem w tym życie i przeżywała wielki lęk z powodu biegających w pobliżu napastników. Gdy skończył się napad była cała czarna od spalenizny , ale najistotniejszym był fakt, że przeżyła , bo jej znajomej w czasie napadu rozpruto brzuch. Ciocia Frania żyje w Namysłowie, ma dziewięćdziesiąt jeden lat i jest sprawna umysłowo.
 
 Co zachowało się Pani w pamięci z przesiedlenia na Dolny Śląsk.?
 
            Wyjechaliśmy z rodzinnych stron bardzo późno, bo w 1946 roku. Pamiętam, że kobiety gotowały jedzenie na cegłach. Jechaliśmy długo, bo pociąg ciągle stawał. Wieźliśmy w pociągu konia i krowę. W skrzyniach j akieś ziarno. Przyjechaliśmy na Dolny Śląsk w czasie żniw. Rodzice osiedlili się w Stryjnie. Tato zajął dom zbudowany z pruskiego muru, bo był przekonany o tym, że zaraz będziemy wracać na swoje, więc nie ma co szukać lepszego. Tymczasem po przyjeździe nie mieliśmy za bardzo co jeść. Była krowa, więc było mleko. Przynosiłam z ogrodu buraki cukrowe i mama robiła melasę, którą używaliśmy do chleba. W Stryjnie powstała szkoła, ale było mało dzieci, więc mnie jako sześciolatkę posłano do szkoły. W klasie były dzieci w różnym wieku. Jedne przerośnięte wiekowo inne jak ja zupełnie małe. Nauczyciele nie mieli z nami żadnego problemu. Pamiętam, że jeszcze wtedy po wojnie była religia w szkole, bo na lekcje religii przyjeżdżał rowerem ksiądz z Wińska.
            Z młodości   wspominam częste spotkania towarzyskie. Pamiętam , że wystarczyła grupka ludzi , żeby zaśpiewać lub zatańczyć, choćby ktoś zagrał na grzebieniu. Spotykaliśmy się w świetlicy i tam urządzano potańcówki lub zabawy.
 
 Młodość w Stryjnie, a od kiedy zzmieszkała Pani w Baszynie​?
 
            W 1964 roku kupiliśmy z mężem Mieczysławem Krzesajem, dom po Sewerynie Berasiu któremu zmarła żona. Okazało się, że dom kupiony , ale były trudności z przepisaniem własności. Bo Beraś pochodził z Centralnej Polski i nie był przesiedleńcem, więc powinien był za gospodarstwo zapłacić państwu. Dlatego musieliśmy do skarbu państwa wnieść opłatę za nabyte pole, dom, las a nawet drzewka w sadku. Po wycenie i wniesieniu opłat, dopiero w 1966 zostały załatwione wszystkie formalności. Nasze gospodarstwo nie było duże , mieliśmy 2 hektary i 60 arów pola oraz hektar lasu. Mąż Mieczysław pracował w zakładzie drzewnym w Wińsku, a ja trudniłam się chałupnictwem oraz hodowałam drób,świnie i krowę. Wychowaliśmy dwoje dzieci. Mieczysław zmarł w 1999 roku w styczniu. Po pewnym czasie wyszłam ponownie za mąż za Michała Lisa, którego pochowałam w tym roku w marcu. Z drugim mężem należałam do chóru Harfa w Wińsku, bo ja bardzo lubię śpiewać.
Dlatego zaśpiewam teraz żołnierską piosenkę , autorstwa Adama Kowalskiego, śpiewaną przez dzieci Andersa.
Zostawieś w Polsce wszystko przyjacielu,
Zostawiłeś matkę, żonę ,dzieci , dom.
Wytułaeś się po cudzych ziemiach wielu
W strasznej burzy, kiedy bił po gromie grom.
Cóż ci bracie oprócz walki pozostało?
Jeno te wspomnienia dawnych pięknych dni.
A tułaczki twej osłodą dzisiaj całą,
Ta piosenka, co nadzieją brzmi.
            Refren: Piosenko, kochanko!
                        Towarzyszko wierna z wojny dni
                        Żołnierska wybranko,
                        O miłości śpiewaj ,wiarę tchnij.
                        Hucz grzmotem silników,
                        I zwycięstwa nutą graj!
                        Piosenko, kochanko,
                        Daj nadzieję, uśmiech jasny daj!
Ale przyjdzie chwila taka przyjacielu,
Ujrzysz znowu matkę, żonę, dzieci, dom.
Wróci szczęście dawne po cierpieniach wielu,
Kres położy mękom i tęsknoty łzom.
Wolne życie zaczniesz znów na wolnej ziemi,
Koszmar czarnych lat rozpłynie się we mgle.
I w serdecznym kole między najbliższymi.
 Wspomnisz piosnkę co krzepiła Cię.

            Refren: Piosenko, kochanko! itd…

 
…rozmowa z Panem Wacławem Dziubińskim
 
Pan pochodzi z Baszyna , a rodzice i dziadkowie to chyba z Polesia?
 
            Dziadkowie Dziubińscy Piotr i Zofia z domu Haladyn, pochodzili z Praszki koło Wielunia. W 1922 wyjechali z Praszki leżącej w województwie łódzkim i osiedlili się w Kolonii Popina na Polesiu. Mieli dziewięcioro dzieci , które pomagały w prowadzeniu gospodarstwa. Dziadek Piotr Dziubiński zmarł na Polesiu.
            Chciałbym podzielić się najpierw przeżyciami mojego ojca Piotra Dziubińskiego. Ojciec, noszący podobnie jak dziadek imię Piotr, ożenił się w 1936 roku z Heleną Dudek. Gdy na terenie Polesia pojawili się w czasie wojny partyzanci z gwiazdami na czapkach to nocami przychodzili oni do gospodarstw i żądali wódki grożąc, że w wypadku odmowy, będą strzelać. Tato mówił na nich „ swołocz”. Więc gdy sowieci zaczęli rządzić na Polesiu i werbowali na wiecu Polaków do armii, ojciec wyraził swoje zdanie co sądzi o utworzonej armii Berlinga i sojusznikach ze Wschodu. No i znalazł się w więzieniu. Siedział w areszcie prawdopodobnie w Drohiczynie ,bo mama która była w ciąży przynosiła mu jedzenie. Gdyby to było w Pińsku , mieście wojewódzkim , nie była by w stanie tam dotrzeć. Jak się później okazało, jedzenie dostarczane przez mamę nie trafiało do ojca.
Tato siedział w areszcie razem z byłym rosyjskim carskim oficerem o nazwisku Skwarek. Oficer był szczuplutki i małego wzrostu, ale silny duchem. Pomagał współwięźniom przetrwać ciężkie chwile. A taką była na pewno kara karceru, którą tato otrzymał w więzieniu. Ojciec w karcerze spędził kilka godzin, siedząc w kucki nago, przyciśnięty żelazną kratą. Gdy przyprowadzono go później do kilkunastoosobowej celi, oficer pomógł mu wrócić do życia .Powiedział że trzeba go rozgrzać bo inaczej przeziębiony może zapaść na gruźlicę. Wszyscy więźniowie pozdejmowali swoje kożuchy, kufajki i co tam mieli i owinęli tym ojca , a później siadali na nim żeby się pocił.
             Ten mizerny oficer luftem został wypchnięty przez współwięźniów na zewnątrz, bo wszyscy byli bardzo głodni. Był problem z przepchnięciem głowy, ale w końcu się udało. Nie uciekł. Zdobył suszony chleb i luftem z powrotem chciał wrócić do celi. Najpierw powędrował worek z suszonym chlebem. Oficer go wpychał z jednej strony a więźniowie w celi wciągali do siebie. W tej sytuacji oficer został przyłapany przez strażników. Zaczęła się walka o worek z chlebem w lufcie. Wygrali więźniowie wciągając go do środka. Co stało się z oficerem, tego nie wiem. Nie wiem również jak długo tato przebywał w areszcie. Po opuszczeniu więzienia, w maju 1945 roku wyjechał z Polesia z żoną ,synem Franciszkiem i córka Marią w beciku.
 
A wspominał ewakuację?
 
Wiem że przez miesiąc stali na dworcu w Poznaniu ,bo pierwszeństwo miały transporty wojskowe.
 
 A jak wspominała tamte czasy Mama ?
 
Mama Helena wielokrotnie powtarzała że swoje przeżycia chętnie by podyktowała, gdyby ktoś chciał je spisać , ale do tego nie doszło. Pochodziła z rodziny Dudków, gdzie było podobnie jak u Dziubińskich dziewięcioro dzieci. Z opowiadań mamy wiem że gdy Dudkowie zaczynając gospodarowanie na Polesiu, nie mieli jeszcze konia, więc zaprzęgali do pługa krowę , którą prowadziła mama a dziadek orał zagon.
Moja mama chciała zdobywać wykształcenie bo bardzo interesowała ją historia i literatura. Nauczyciel prosił dziadka Franciszka aby córka kontynuowała naukę, ale nie pozwalała na to sytuacja rodzinna. Musiała pomagać rodzicom i zajmować się rodzeństwem , bo jej mama miałą zaćmę. Matula wspominała , że ciężko pracowała w polu, przędła wełnę, tkała płótno, a nawet z resztek robiła chodniki. Opowiadała również o przeżyciach wojennych związanych z ojcem i z frontem. Kiedy Niemcy wycofywali się z wschodniego frontu , to pędzili grupę wycieńczonych Rosjan, których używali jako żywych tarcz. Zgromadzili oni tych jeńców gospodarstwie i otoczyli drutem kolczastym. Mama widząc biednych i głodnych ludzi podała im mleko. Wówczas stary Niemiec ostrzegł   dziadka Franciszka znającego dobrze język niemiecki, mówiąc : Słuchaj Franc, kiedy ja tu pilnuję tych ludzi, śmierć twojej córce nie grozi, ale inni gdy będzie karmić Rosjan, to ją zastrzelą. W niedługim czasie Niemcy musieli szybko opuścić Kolonie Popinę i nie zdążyli zlikwidować ludzi otoczonych kolczastymi drutami. Mama zapamiętała szczególnie chłopca Stiepana mającego może dwanaście lub czternaście lat, który z wyczerpania nie potrafił chodzić, więc tylko leżał. Jego matka w tej pozycji go karmiła. Pomagała ona po ucieczce Niemców naszej rodzinie w pracy, aby otrzymać jedzenie.
 Moja mama urodziła czterech synów i córkę. Najstarszym był brat Franek, po nim siostra Maria, następny urodził się Zygmunt, Wacław i Czesław.
 
 A jak wspomina pan babcię Mariannę Dudkową?
 
            Z babcią Marianną łączyły mnie szczególne więzy, bo ona źle widziała i często jej usługiwałem. Prosiła żebym z książeczki do nabożeństwa czytał jej litanię do Serca Pana Jezusa i tak się modliła. Babcia rano śpiewała Godzinki i „ Kiedy ranne wstają zorze.”
Jej dziewiętnastoletni syn Antoni Dudek zginął pod koniec wojny na froncie i jest pochowany na wojskowym cmentarzu w Zgorzelcu . Prawdopodobnie brał udział w kampanii której celem było zdobycie Berlina lub w walkach o Budziszyn , bo w liście do rodziny pisał, że”w powietrzu lata bardzo dużo pszczół ,jest gorąco i pszczoły się bardzo roją”,informując w ten sposób o zmasowanych atakach. Babcia miała zwyczaj liczenia swoich wnuków i prawnuków, wymieniając kolejno dzieci i ich potomków.
 
Koligacje rodzinne Dziubińskich ?
 
Rodziny Dziubińskich i Dutków związały się przez trzy małżeństwa najstarszy syn Szczepan Dudek ożenił się z Izabelą Dziubińską. Dwie siostry Szczepana Dudka, Helena i Władysława zostały żonami braci Dziubińskich. Siostra Władysława Dudek była żoną Edmunda Dziubińskiego.   Rodzice mamy czyli moi dziadkowie Franciszek i Zofia Dudkowie oraz babcia Marianna Dziubińska przyjechali do Baszyna. W dużym gospodarstwie, zamieszkała nasza rodzina i rodzina dziadków Dudków. Dziadek Franciszek Dudek zmarł w 1959 roku i został pochowany pod kościołem w Smogorzowie, bo tak zarządził ksiądz Józef Bełch, któremu dziadek służył radą i pomocą w odbudowie kościoła.
 
Wspomniał pan księdza Józefa Bełcha. Słyszałam że gościliście tego kapłana w swoim domu ?
 
            Ksiądz Józef Bełch mieszkał u nas pół roku . Był bardzo skromny, chodził w gumowcach i dużo palił . Szczególnie zapamiętałem, że wypiekał w naszym piecu chlebowym komunikanty i opłatki. Używał do wypieku specjalnych form. Często towarzyszyłem księdzu przy wypiekach , bo zjadałem okruchy. Co miesiąc odwiedzał nas ksiądz dziekan z Wołowa który rozmawiał z księdzem Bełchem, jak również wypytał o   księdza Józefa domowników. Byłem ministrantem i pamiętam że ksiądz Bełch kolędę w Baszynie rozpoczynał od położonych w polu domków udając się tam pieszo.
Najważniejszą sprawą dla tego księdza była odbudowa kościoła w Smogorzowie. Na początku trzeba było powycinać rosnące w środku drzewka. Pamiętam że przy wejściu do kościoła na murze zdążyła wyrosnąć wysoka brzoza. Ksiądz Józef otrzymywał pomoc od swojego brata z Anglii i wykorzystywał ją na potrzeby kościoła. Prosił parafian o srebro i złoto , które użył do obrazu. Kościół święcił biskup Bolesław Kominek, który podczas uroczystości zwrócił się do księdza Bełcha , mówiąc „Cóż Józefie, teraz tylko dzwonić!”
 
.Dziubiński , nazwisko to ułatwia życie w Baszynie czy utrudnia?  
 
             Ja ,Wacław Dziubiński syn Piotra, to już mam perypetie życiowe z imieniem i nazwiskiem, bo zapisano mnie w gminie nie wiadomo dlaczego jako Mieczysław a nie Wacław. To mojemu kuzynowi Mietkowi Dziubińskiemu nadano na chrzcie imię Mieczysław. Urodziliśmy się w tym samym roku , no i mieliśmy tego samego chrzestnego- Tadeusza Dudka. Mieliśmy konto w tym samym banku. I pewnego dnia odkryłem, że na moje konto wpłynęła wpłata za sprzedaż krowy. Byłem mile zaskoczony dodatkowymi pieniążkami , ale wiedziałem, że krowy nie sprzedawałem, a mój kuzyn to i owszem. Więc tylko go zapytałem : wybrać Ci te pieniądze czy przelać na konto?
Innym razem to nie było już tak przyjemnie, gdy zobaczyłem że spłacam jakieś raty za przedmioty , które nie kupowałem.
 
 To ile rodzin Dziubińskich mieszka obecnie w Baszynie?
Policzymy:
Krzysztof Dziubiński z rodzina,
 Kazimiera Dziubińska ,wdowa po bracie Franciszku,
 Mieczysław Dziubiński z rodziną,
 Dziubiński Zbigniew z rodziną, Andrzej Dziubiński z rodziną
i na koniec dodam szóstą czyli moją Wacława Dziubińskiego z rodziną,
Było nas wcześniej więcej niektórzy leżą już na cmentarzu , a inni wyjechali z różnych powodów.

 
Chciałam Pani zadać kilka pytań dotyczących przeszłości?
 
 Ależ ja nic ciekawego nie mam do powiedzenia. Drugiej wojny nie przeżyłam, bo urodziłam się w 1947 roku. Ewakuacja z Górzyna leżącego w gminie Chobienia w obrębie dawnego większego powiatu wołowskiego do Baszyna, którą przeżyłam we wczesnym dzieciństwie nie była traumatyczną, bo kilkunasto kilometrową. Prawie całe życie mieszkałam w Baszynie. Co innego moja mama, ona wiele doświadczyła , ale już nie żyje.
 
A chciałaby Pani podzielić się historią życia swojej mamy?
 
Nie wszystko już pamiętam, ale spróbuję przypomnieć. Mama miała na imię Maria i urodziła się w licznej rodzinie Walerii i Jana Zarzyckiego, gdzieś koło Sochaczewa. Dziadkowie przenieśli się po pierwszej wojnie we wschodnie rejony województwa białostockiego, gdzie na zakupionej ziemi na kolonii zbudowali dom i gospodarstwo. Dzisiaj te ziemie leżą w obrębie państwa białoruskiego. Dziadek Jan Zarzycki był bogatym gospodarzem. Mama wyszła za mąż za Eugeniusza Lubienieckiego , a jej siostra Genowefa została żoną   brata Eugeniusza Lubienieckiego         Mama przed wojną urodziła sześcioro dzieci,   Niestety nie było jej dane cieszyć się nimi długo. Wszystkie dzieci umierały w niemowlęctwie. W początkach 1940 roku była w ciąży. W mroźną noc 10 lutego 1940 roku Maria i Eugeniusz Lubienieccy czyli mama i jej maż niespodziewanie z domu zostali zabrani saniami ze swojego domu i dowiezieni do towarowego pociągu , który wiózł ich na wschód. Warunki podróży by bardzo ciężkie ,w transporcie umierało dużo ludzi. Na jakiejś stacji wystawiono ich zwłoki na peron i nie wiadomo gdzie i kiedy zostali pochowani , a może nikt ich nie pochował?. Rodzin nikt nie informował co zrobiono z ciałami. Mama zaopiekowała się dwoma chłopcami których rodzice zmarli w transporcie . Opiekowała się nimi przez cały okres zesłania , do czasu gdy bracia nie trafili pod opiekę Amerykanów . Amerykanie załatwili im wyjazd do USA. Mama z mężem po ponad miesięcznym podróżowaniu po bezkresnym Związku Radzieckim dojechała do celu. Najpierw pracowali w lesie. Po pewnym czasie mama otrzymała maszynę do szycia i przeszywała stare ubrania na lewą stronę aby wyglądały na nowe. W październiku 1940 roku urodziła się moja przyrodnia siostra Janina Lubieniecka. Niedożywiona wychowywana w złych warunkach, bez mleka i witamin nie nauczyła się na zesłaniu chodzić. Dopiero tę umiejętność nabyła w wieku sześciu lat , kiedy wróciła z mamą z zesłania do Polski. Eugeniusz Lubieniecki , ojciec Janiny trafił do armii polskiej formowanej przez generała Berlinga i zginął na froncie. Na froncie zginął również brat mamy Władysław Zarzycki. Mama z córką w zamieszkała w Kazachstanie. Mieszkaniem była ziemianka. W zimie jako opału zesłańcy używali wysuszonego latem krowiego łajna.. Mama w tym czasie była sprzątaczką na poczcie i posłańcem między urzędami, nie wiem kto opiekował się wówczas siostrą. Osiedla ludzkie w tamtym terenie były rzadko rozmieszczone .Lata krótkie zimy długie i ostre. Opadom śniegu towarzyszyły śnieżne groźne burany czyli nadzwyczaj silne zimowe wiatry ,które były często przyczyną śmierci W taką pogodę mama musiała wędrować z listami i pismami. Pewnego dnia miała dotrzeć do jednego z osiedli do którego nie było widać drogi. Mama szła wzdłuż słupów telegraficznych, ale zamieć i mróz były silniejsze od niej. Upadła , straciła przytomność i zamarzała. Przejeżdżający saniami w pobliżu Rosjanin zauważył leżącą kobietę i dzięki niemu mama przeżyła. Rozcierano ją 10 godzin nim wróciła do życia. Przeżyła ciężkie czasy, nawet nie wiedziała że skończyła się wojna. W 1946 roku przyjechała już jako wdowa z niepełnosprawną córeczką do Polski. Skierowano ja do Górzyna w gminie Chobienia. Tam zamieszkała w pięknym domu.
 W tym czasie poznała mojego ojca, który wracał z robót przymusowych w Niemczech. Mój tato   Walenty Szymański pochodzący spod Kłobucka koło Częstochowy. W czasie wojny został schwytany w ulicznej łapance i wywieziony do III Rzeszy, gdzie pracował u bauera czyli w gospodarstwie rolnym. Wrócił z Niemiec również w 1946 roku. Z tego związku właśnie się urodziłam w następnym roku.
 
 Gdzie zamieszkała Pani rodzina?
 
W Górzynie  mama otrzymała 9 ha pola i zaczęła gospodarowanie. Nie długo tam mieszkaliśmy. Nasz pałacyk spodobał się nowej władzy, więc postanowiono że zajmą go na biura spółdzielni produkcyjnej. W 1952 władze podjęły decyzję o wysiedleniu nas. Nie zliczę który raz mama zmieniała miejsce zamieszkania . Dano nam do wyboru domy w czterech miejscowościach. Rodzice wybrali Baszyn. Zamieszkaliśmy w domu obok obecnego sklepu. Właściwie były to dwa domy przy drodze jeden murowany a drugi gliniany, oba gorsze od tego w Górzynie. Tu w Baszynie rodzice mieszkali do śmierci. Ojciec rzadko wspominał czasy wojny, był zamknięty. Mama natomiast wracała do tamtych czasów często. Słuchając jej opowieści płakałam, a mama opowiadała o przeżytych latach jakby jej nie dotyczyły. W latach gierkowskich za sześć lat zesłania otrzymała rentę ,podobnie jak siostra, która tam się urodziła i tam straciła zdrowie. Aby otrzymać rentę ma ma musiała mieć jakiś dokument. Napisała wówczas do tamtejszych władz w ZSRR i była zdziwiona że otrzymała potwierdzenie swojego pobytu i pracy, bo tam nie wszystkich i nie wszystko rejestrowano.
 
 Jak Pani wspomina lata szkolne ?
 
 W mojej klasie uczyło się około dwanaście osób. Były w niej tylko dwie dziewczyny Marysia z Chwałkowic i ja. Klasy nie były liczne i z tego powodu były łączone Pierwszą i drugą klasę uczyła razem jedna nauczycielka, a lekcje w trzeciej i czwartej   prowadziła druga pani.  W szkole pracowały w czasach mojej edukacji dwie nauczycielki Helena Jankowska i Helena Jasińska . Gdy byłam w piątej klasie podjął pracę w naszej szkoły nauczyciel Tadeusz Słabicki ze Smogorzówka. Ten nauczyciel w Baszynie pracował wiele lat i tu znalazł sobie żonę żeniąc się z Jadwigą Dudek.
Po skończeniu siedmioklasowej szkoły podstawowej, uczęszczałam do liceum w Wołowie. Po jego ukończeniu podjęłam pracę w Wińsku.
 
Jest Pani na emeryturze, a gdzie Pani pracowała?
 
 Pracowałam w jednym urzędzie przez 38 lat, w gminie w Wińsku zajmując się podatkami . Bardzo lubiłam swoją pracę bo miałam kontakt z ludźmi. Na początku obliczałam obowiązkowe dostawy dla rolników .Był to już końcowy okres obowiązkowych dostaw.
 
Przepraszam, że wtrącę krótkie wyjaśnienie czytelnikom. W 1957 zniesiono obowiązkowe dostawy mleka. a w 1972 obowiązkowe dostawy mięsa, ziemniaków i zboża. Oddaję pani głos, Pani Alicjo.
 
    Gmina zmieniała w latach mojej pracy zasięg terytorialny. Najpierw przyłączono do Wińska Głębowice, a później Krzelów. Przeżyłam zmiany nazw urzędu i jego szefów. Nazywano ich naczelnikami , później wójtami. Moimi zwierzchnikami byli kolejno: Michalak, Foit, Sikorski, Krawczyk, Olejniczak, Jakimiak.
Żyłam problemami „Solidarności” w latach osiemdziesiątych i trudnym czasem powodzi w 1997 roku. Pomagaliśmy ludziom naszej gminy z Krzelowa i Jemielna. Zwierzęta z zalanych miejscowości były ewakuowane także do Baszyna . W naszym domu mieszkali powodzianie. Jeździłam w ramach pracy do zalanych miejscowości i jeszcze dzisiaj widzę sceny z powodzi.

Pracę zawodową łączyłam z pracą w gospodarstwie rolnym, które prowadził mój mąż. W 1967 poślubiłam Antoniego Dziubińskiego, syna Antoniego. Mój mąż pochodził z Kolonii Popina . Do Baszyna przyjechał jako sześcioletnie dziecko. Mieszkaliśmy w domu który wcześniej należał do mojego teścia Antoniego i teściowej Kazimiery. Mąż gospodarował na trzynastu hektarach po swoich rodzicach i na dziewięciu hektarach po moich rodzicach. Hodowaliśmy dużo świń i drobiu , dlatego po powrocie z pracy za biurkiem zajmowałam się pracą na roli. Nasze dzieci to Zbigniew i Bożena. Weszłam do licznej rodziny Dziubińskich i stąd wielu mieszkańców Baszyna to moja duża rodzina. Również nieżyjąca już siostra mojego ojca Aleksandra Strycharek z domu Szymańska mieszkała w naszej wsi ze swoją rodziną.

 

 … ze Stanisławą Czekańską z Żukowskich o życiu w Turówce i w Baszynie
 
 Jak żyło się w Turówce?
 
            Turówka w której się urodziłam leży z w powiecie Skałat, w województwie tarnopolskim. O Turówce słyszałam wielokrotnie w rozmowach rodziców. Stąd wiem, że była dużą wsią posiadającą kościół parafialny i cerkiew. Mieszkali w niej Polacy i Ukraińcy oraz Żydzi. Z miejsca urodzenia osobiście niewiele pamiętam. Widzę jedynie nasz nowy nie całkowicie wykończony dom, bo mojego ojca Stefana Żukowskiego zabrali na front. Dom był wybudowany na pagórku za wsią, w pobliżu była studnia na korbę, którą kiedyś dostałam po głowie. Rodzice opowiadali jak produkowano cegły na domy w tamtych czasach. Glinę mieszano ze słomą i piachem, ugniatano, wyrabiano kostkę i suszono na słońcu. Dom był kryty strzechą. Powiadano w tamtych stronach „ Dom gliną bity i strzechą kryty”
Moja mama Rozalia Żukowska z domu Piestrak, wspominała przedwojennego żydowskiego sklepikarza i jego dłużniczkę. Opowiadała że w Turówce żyła wdowa, która robiła zakupy na kredyt. Właściciel sklepu gdy uzbierała się większa kwota, przypomniał o długu i upominał się o choćby częściowe jego uregulowanie, ale kobieta nie miała pieniędzy i unikała Żyda. Więc sklepikarz pofatygował się do domu dłużniczki. Kobieta zobaczyła idącego przez okno i schowała się nakazując dzieciom żeby powiedziały, że nie ma jej w domu. Tak też powiedziały dzieci. Przybyły poprosił żeby przypomniały mamie, że ma u niego dług. Ale kobieta nie zapłaciła należności bo w dalszym ciągu nie miała pieniędzy. Żyd pojawił się niespodziewanie , ponownie w jej domu. Kobieta schowała się szybko pod łóżko. Dzieci znów powiedziały ze mamy nie ma w domu. Na to sklepikarz oświadczył : Powiedzcie mamie że jak kolejny raz będzie wychodzić z domu to niech nie zapomni zabrać ze sobą nogi ,bo wystają spod łóżka.
             W czasie wojny było bardzo ciężko. Mama podjęła się dorywczej pracy u bogatej rodziny Małachowskich .Opiekowała się ich dwoma synami. W mojej pamięci przechowuję przeżycie mamy związane z żydowskimi sąsiadami i niemieckimi żołnierzami. Padał rzęsisty deszcz i w naszym mieszkaniu pojawiła się grupa przemoczonych Niemców. Kilka godzin przed ich przybyciem, przyszło do nas sześć znajomych rodzin żydowskich z Turówki prosząc o schronienie na noc . Mówili że w Turówce jest niebezpiecznie, a tu na końcu wsi nikt nie przyjdzie i nie będzie ich szukał. Weszli na strych i wciągnęli za sobą drabinę. Rano po ulewie pojawili się w naszym domu wspomniani zmoknięci żołnierze. Zażądali żeby mama paliła w piecu , bo oni muszą się wysuszyć. Mama paliła w piecu i myślała o tych Żydach na strychu. Tamci na strychu umierali ze strachu i załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne bo nie mogli zejść na dół, gdzie było wielu Niemców. A mama cały czas dokładała drewna do pieca. W pewnym momencie na suficie pojawiła się plama od moczu, a Niemcy pokazując ją mówili, że dom przecieka , bo dach jest kryty strzechą. Po wysuszeniu ubrań odeszli z obejścia. Wtedy mama i Żydzi odetchnęli z ulgą. Niedługo i oni opuścili nasz dom.
 
 Czy tylko mama wspominała dawne lata ?
 
 Tato opowiadał swoje przeżycia frontowe. Utkwiło mi w pamięci jedno takie historyczne.   Podczas wojny ojciec stał wieczorem na warcie. Słychać było strzały i tato postanowił się pomodlić. Zdjął czapkę z głowy, powiesił na sośnie i podjął modlitwę. Nagle usłyszał szelest. Był czujny, stał przecież na warcie. Półgłosem zapytał o hasło i otrzymał odzew. Świecił księżyc i z mroku wyłonił się jakiś rosyjski oficer, który zaczął z ojcem rozmowę Tato przyjrzał się mu i przypomniał sobie, że już widział tę twarz wśród starszyzny sowieckiej, w czasie szkolenia politycznego. Wojskowy zapytał po rosyjsku o jego nazwisko. Tato odpowiedział – Żukowski. Oficer widząc ojca bez czapki mówił : Modlisz się, czapka na sośnie. Na to ojciec : Jest wojna , trwa ostrzał. Modlę się , bo chciałbym wrócić z tej wojny do domu gdzie czeka na mnie żona i dziecko. Wtedy usłyszał słowa : Ty się modlisz, a ja się nie modlę, ale moja matka się modliła. Ty się nazywasz Żukowski , a ja się nazywam Żukow.
Ojciec był zdumiony spotkaniem i rozmową z głównodowodzącym frontem marszałkiem Żukowem. Niedługo po odejściu Żukowa , przyszedł rozkaz opuszczenia lasu w którym stacjonowało wojsko . Tato pełnił funkcję ładowniczego działka. Otrzymał rozkaz zejścia z warty i odkopania działa z nakazem przemieszczenia się z nim na odległość dziesięciu kilometrów. Zaprzęgnięto konie do działa i ruszyli. Wojsko opuściło stanowiska w lesie. Po przejściu kilku kilometrów, zauważyli ,że zaczął się bardzo gwałtowny ostrzał artyleryjski   przez wojsko hitlerowskie niszczący opuszczony lasek doszczętnie. Tato i jego koledzy- bo nikt nie zginął- uważali że zawdzięczali swoje ocalenie modlitwie.
 
 Wyjazd z Turówki Pani pamięta?
 
Pamiętam. W listopadzie na stacji czekaliśmy na transport w prowizorycznym szałasie, a zwierzęta marzły na dworze, za skarpą. Oczekujący złamali betonowy słupek w kształt litery „U” i położyli na tym blat z kuchni. Na tym palenisku gotowano posiłki. Brakowało wody do picia , bo na wyjazd oczekiwało dużo ludzi. W trakcie oczekiwania proboszcz z Turówki Roman Fit, sporządzał odręczne wypisy familijne dla swoich parafian. Zdarzały się pomyłki, bo ksiądz sporządzał je z pamięci i skromnych notatek ,które ze sobą zabrał. Taki wypis sporządzony na świstku papieru z datą 16 listopada 1945 roku   z podpisem księdza i pieczątką parafii Turówka przechowuję do dzisiaj. W końcu przyjechał pociąg. Wagon towarowy w którym jechałam zajęły cztery rodziny . Rodzina dziadka Antoniego Piestraka, wujka Piotra Piestraka, trzecią była siostra mamy, ciocia Sierotowa z córką, czwartą była nasza czyli mama i ja. Dzieci w naszym wagonie było czworo. Spałyśmy na workach ze zbożem, na poduszce przykryte pierzyną, W czasie jazdy padał śnieg. Tym samym pociągiem , ale w innym wagonie jechał ksiądz proboszcz z Turówki, który po przekroczeniu granicy gdzieś za Przemyślem wysiadł z niego i przez kilka lat jego dawni parafianie z Turówki nie mogli ustalić dokąd wyjechał. Dopiero ludziom z Biaław Małych gdzie zamieszkało dużo byłych parafian odnaleźli księdza Romana Fita przez Polski Czerwony Krzyż. Ksiądz Roman przybył do nich w odwiedziny i odprawiał Mszę Świętą na przyczepie, bo w Białawach Małych nie było kościoła tylko kaplica zrobiona ze świetlicy, która nie pomieściła przybyłych na uroczystość.
 
Jak przeżyliście ewakuację
 
   Przed wyjazdem mama zabiła i upiekła wszystkie kury, które złożyła do dzieży, nie zepsuły się bo było zimno i zamarzły. W maślniczce ubiła solony ser i zabrała w worku kaszę gryczaną . To było nasze pożywienie. Mama wyjeżdżając ze wschodu   zabrała trzy metry zboża i krowę. Nasza krowa jechała w oddzielnym, zbiorowym wagonie dla zwierząt. Dojechaliśmy do Rawicza i tu spotkała nas ogromna radość . Po drugim torze jechał pociąg z żołnierzami ,a wśród nich był mój ojciec i on nas dojrzał. Również wujek Piotr Piestrak zobaczył ojca i dlatego wyskoczył z naszego pociągu. Tato gdy nas zobaczył prosił, żeby zatrzymano jego pociąg i tak się stało. Po spotkaniu z ojcem przyjechaliśmy 23 grudnia 1945 roku do Wińska. W Boże Narodzenie przywieziono nas do Baszyna, żebyśmy tu spędzili Święta. Umieszczono nasze cztery rodziny w jednym pokoju. Po świętach wszyscy zaczęli szukać domu.
 
Czy wszyscy krewni znaleźli swoje domy w Baszynie?
 
Nie, tu już nie było wolnych domów. Rodziny osiedliły się w różnych miejscowościach. Ciocia Sierotowa wyjechała do Wyszęcic, dziadek Antoni osiedlił się w Białawach Małych, gdzie mieszkali sąsiedzi i inni znajomi z Turówki. Wujek Piotr Piestrak z rodziną znalazł dom aż w Ulesiu pod Legnicą. Tato szukał domu w miejscowościach gdzie był kościół, ale w tych wsiach domy były pozajmowane. Były wolne w Słupie, tam nie chciał mieszkać. W Baszynie był wolny tylko jeden najmniejszy dom, bardzo niski. Bardzo wysoki człowiek jakim był mój tato zamieszkał w niskim domu i musiał schylać głowę gdy przekraczał próg . Mówił że musi się mu kłaniać domowi gdy do niego wchodzi. Jego krewni Żukowscy osiedlili się w Środzie Ślaskiej. Cała rodzina została po tej wojnie rozrzucona po wielu miejscowościach. Po kilku latach w Baszynie ożenił się brat ojca Szymon Żukowski i mieszkał tu przez pewien czas.
 
 
A jak Pani wspomina początki życia w Baszynie?
 
 Początkowo mieszkaliśmy w tym małym domu przez siedem miesięcy razem z Niemcami.   Spałam w jednym łóżku z niemieckimi dziećmi i bawiłam się z nimi. Najstarszą była ich babcia Anna. Latem 1946 ta rodzina roku wyjechała do Niemiec. Ojciec jako osadnik wojskowy otrzymał 10 hektarów pola. Rodzice stopniowo zaczęli uzupełniać gospodarstwo. Kupili konia, potem sprzęt i maszyny. W czasach stalinowskich i później musieli zdawać na plan, zboże ,mięso, mleko. Nie ważne było czy je miałeś , nie ważne było, że nie hodowałeś krów. Plan liczył się od hektarów. Mówiło się wtedy że „ nie krowy, ale hektary się doją.”
Zaczęłam chodzić do szkoły. Moje koleżanki ze szkoły to Wabiszczewicz Krystyna po mężu Starmach , Dudek Teresa po mężu Zając, Jadwiga Dziubińska po mężu Tereszkiewicz, Jadwiga Dudek po mężu Słabicka.
Chociaż tato został w Baszynie ze względu na obecność kościoła, to po wojnie nie była tu odprawiana msza święta w każdą niedzielę. Przyjeżdżał czasami konikiem na dwukółce ksiądz z Wińska. W latach pięćdziesiątych przybywał czasowo w Baszynie ksiądz Józef Bełch i mieszkał w domu Franciszka Dudka . Pamiętam jak zabiegał on o odbudowę spalonego kościoła w Smogorzowie i mieszkał w Baszynie , bo plebanii w Smogorzowie również nie było. Tymczasem   msze   i nabożeństwa odbywały się w świetlicy zamienionej na kaplicę. Ksiądz modlił się i leżał krzyżem w tej kaplicy prosząc Matkę Bożą o pomoc w odbudowie. Ludzie byli wtedy biedni i nie mieli pieniędzy, więc ksiądz na karteczkach zbierał zobowiązania. Parafianie zgłaszali , że jeden przywiezie piasek , drugi będzie pracował przy wapnie itd. Przy budowie pracowały dzieci, młodzież i dorośli każdy według swoich możliwości.
Miałam wówczas szesnaście lub siedemnaście lat i wraz z koleżankami prostowałyśmy gwoździe i robiłyśmy ręcznie cegły na sufit z trocin, wapna, piasku i chyba cementu. Należało je ugnieść do formy i ostrożnie mokre przenieść na półki do suszenia. Suszeniem cegieł zajmowali się dorośli. Palili oni w starej stajni w takim blaszanym piecu  opalanym trocinami zwanym trociniakiem. Te cegły po wysuszeniu były lekkie i służyły do budowy sklepienia w kościele. Sklepienie wykańczał osobiście ksiądz Bełch, który nakładał trzy kolory farb białą, niebieską i czarną. Nakładał je w specyficzny sposób jakby rzeźbiąc.
Na drodze wiodącej ze Smogorzowa do Baszyna , którą to przemierzał wielokrotnie ten ksiądz, ustawił nowy krzyż w miejsce starego poniemieckiego. Piękny, nowy krzyż wykonał pan Samardak z Rudawy. Krzyż procesyjnie został przeniesiony na miejsce gdzie stoi do dzisiaj. Obecnie ma ponad pięćdziesiąt lat jest w złym stanie. Józef Bełch to był święty kapłan, który myślał o Bogu i kościele i nie miał początkowo nawet skarpet i butów. Mój ojciec powiedział że tak być nie może i oddał mu swoje niedzielne.
 
Na koniec rozmowy zapytam o życie osobiste.
 

 W 1959 wyszłam za mąż za mieszkańca Baszyna Władysława Czekańskiego , który urodził się w Rozdole koło Stryja. Bardzo przydała się notatka księdza Romana Fita gdy chcieliśmy wziąć ślub. Był to jedyny „ dokument” z parafii w której się urodziłam. Przeżyliśmy w małżeństwie wiele lat. W 2009 świętowaliśmy złote gody razem z naszymi dziećmi i wnukami. Była z nami córka Barbara -która jest wdową- z dwójką swoich dzieci, córka Halina Osowska ze swoją rodziną, córka Wiesława z mężem i piątką swoich pociech Nie zapomniała o naszej uroczystości córka Danuta z rodziną i syn Wacław z synową i dziećmi. Mamy dwanaścioro wnuków i to nas cieszy.

  rozmowa z Panią Alicją Romańską  o życiu w Mojęcicach,  Krzydlinie Małej  i Baszynie

Gdzie się Pani urodziła.?
 
W dowodzie przez długie lata miałam wpisane że w ZSRR, w Wołkowysku Centralnym. Urodziłam się w czwartym miesiącu po wybuchu II wojny w styczniu 1940 roku. W dzieciństwie nie interesowałam się okolicznościami i miejscem moich urodzin. Bardzo szybko wyszłam za mąż i urodziłam troje dzieci. To one oraz codzienne problemy były ważne, a gdy chciałam wyjaśnić niewiadome wydarzenia , to już nie miałam kogo zapytać
.
Może uzupełnię wiedzę o Pani miejscu urodzenia, bo Wołkowysk administracyjnie przed II wojną należał do województwa białostockiego. Położone we wschodniej części tego województwa powiaty grodzieński i wołkowyjski należą obecnie do Białorusi. Niewielkie powiatowe miasto Wołkowysk leżało na ważnym szlaku komunikacyjnym, tu przecinały się linie kolejowe biegnące z zachodu [Paryż ] na wschód [ Moskwa] z z południa do Wilna, Dlatego niewielkie miasto posiadało trzy dworce. Leżący na uboczu dworzec Wołkowysk Centralny dał też nazwę leżącemu w pobliżu dworca osiedlu. W Wołkowysku noszącym nazwę od przepływajacej rzeki Wołkowyji, mieszka do dzisiaj duża grupa Polaków, a w mieście działa polska szkoła.
 Co pamięta Pani z dzieciństwa/?
 
Z bardzo wczesnego niewiele. Jak przez mgłę jakieś wagony towarowe, dworce, długą jazdę do Mojęcic w których zamieszkałam z dwoma starszymi braćmi i rodzicami. Obok naszego domu osiedlili się dziadkowie Kostkowie, a w Mojęcicach również inni krewni mamy i ojca Wiem że jedna z sióstr matki znalazła się dziwnym trafem na Kaukazie i tam hodowała owce i wyrabiała różną odzież wełnianą. Do Polski po wielu latach pomógł jej wrócić wujek Stanisław Kostka.
            .Przypominam sobie swoje biedne powojenne dzieciństwo i ciężką pracę w gospodarstwie. Niedługo po wojnie mój dwunastoletni brat Mietek pasł krowy. Z dwoma innymi chłopcami znaleźli jakiś pozostały z wojny niewypał, który zaczęli rozbrajać   i dwóch z nich straciło życie. Brat nie zginął od razu. Ciężko rannego, zawieziono do Wołowa , ale nie było chirurga. Z trudem ojcu udało się przewieść konającego brata do Wrocławia . Tam okazało się że wdała się gangrena i Mietek zmarł we Wrocławiu. Brat był bardzo zdolny i tak szybko odszedł. Rodzice byli biedni, nie mieli pieniędzy na sprowadzenie zwłok do Mojęcic i dlatego brata pochowano we Wrocławiu.   Do szkoły chodziłam w Mojęcicach. W 1957 wyszłam za mąż mieszkającego w sąsiedniej wsi Stanisława Romańskiego. W Krzydlinie Małej gdzie po wojnie osiedlili się teściowie mieszkaliśmy dziesięć lat. Rodzina męża ta najbliższa i kuzyni wojnę przeżyła na zesłaniu.
 
Czy wspominali lata pobytu na Syberii?
 
 O wojennych losach teściów i męża słyszałam wielokrotnie, bo teściowa i Staszek dzieli się ze mną opowieściami. Romańscy wiele przeżyli. Pochodzili z województwa nowogródzkiego , mieszkali we wsi Kołodzierzyk w powiecie Słomin. Teść pracował przed wojną w leśnictwie, mieli ładne konie, rodzina była zamożniejsza więc zostali zimą wywiezieni na Syberię. Teściowie Marcin i Apolonia   Romańscy znaleźli się na zesłaniu z szóstką dzieci wśród których był mój mąż Stanisław urodzony w 1936 roku. Tylko jego siostra Władysława , kiedy ładowano ich na sanie uciekła i nie była na zesłaniu. Nikt nie wiedział co się z nią stało, bo ślad po niej zaginął, choć rodzina poszukiwała ją przez Czerwony Krzyż. Wszyscy Romańscy którzy wrócili z Syberii już nie żyją z wyjątkiem brata Antoniego mieszkającego w Górze Śląskiej i kuzynki Janiny Klim z Prawikowa.
Na Syberii mieszkali wraz z innymi rodzinami w barakach. Wszystkim dokuczał głód, brud i wszy. Teściowie byli bardzo wierzący, zabrali ze sobą krzyżyk i obrazki święte i codziennie w ukryciu gdy było ciemno, pod kocem cała rodzina wspólnie się modliła . Mąż był najmłodszym dzieckiem, pamiętał spuchnięte z głodu brzuchy. Z powodu tego głodu przestał widzieć na jedno oko, bo popękały mu w nim naczynka. Racje chleba były bardzo małe. Chleb gliniasty, a mały Stasio zadawał pytanie : mamo kiedy będę mógł zjeść chleba do syta? Jedli go z gotowaną wodą, Teściowa wspominała że swoją porcją często karmiła dzieci. Żywili się pokrzywą, lebiodą i głowami śledzi. Zbierali wyrzucone przez Sowietów głowy śledzi i je zjadali. Niektóre kobiety widząc, że jedzą te śledziowe głowy , wzdrygały się z obrzydzenia. Wiele osób umarło z głodu. Romańscy przeżyli. W każde Święta Bożego Narodzenia mąż wspominał zesłanie i płakał, bo tam na choinkę żeby ją jakoś przyozdobić wieszali papierki. Stanisław należał do Związku Sybiraków w Wołowie. Po wielu latach po wojnie, córka zaginionej siostry Władysławy Romańskiej, mieszkająca w Ameryce odnalazła wujka, ale było to po jego śmierci . Odwiedziła go już na cmentarzu w Baszynie.
 
Kiedy zamieszkaliście w Baszynie?
 
W 1967 kupiliśmy niewielkie trzyhektarowe gospodarstwo od Albina i Marii Husaków, którzy wyprowadzili się do Chwałkowic. Prowadziliśmy gospodarstwo rolne, dzierżawiąc dodatkowo jeszcze kilka hektarów pola. Mąż zmarł w 2000 roku i został pochowany na baszyńskim cmentarzu. Trójka naszych dzieci założyła rodziny i wyprowadziła się z Baszyna, bo tu brakowało pracy. 
Gdy meldowaliśmy się w grudniu 1967 roku w Wińsku , tamtejszy urzędnik zażartował : kupiliście dom w Baszynie gdzie mieszkają „ Sami Swoi”. Wówczas nie wiedziałam dlaczego tak powiedział. Teraz wiem, bo w Baszynie większość mieszkańców jest   rodziną. Moi sąsiedzi to Dziubińscy. Drugą liczną familią są Dudkowie. A jedni z drugimi są ze sobą spokrewnieni.
 
Baszyńskie rozmowy o przeszłości - z Marią Cieleniową o miejscu urodzenia , dzieciństwie i latach minionych
Pani Mario , proszę przybliżyć miejsce swego urodzenia?
 
             Urodziłam się przed II wojną światową w Horyhladach, w powiecie Tłumacz w województwie stanisławowskim, czyli na terenach które obecnie należą do Ukrainy. Wieś była duża, mieszkali w niej Ukraińcy i Polacy. Polacy stanowili w Horyhladach mniejszość. Gdy zamknę oczy to jeszcze dzisiaj widzę te przepiękne okolice nad rzeką, ludzi w wyszywanych kolorowych strojach ludowych i słyszę tamte pieśni. Horyhlady były otoczone wodami Dniestru. Moje dzieciństwo przypadało na ciężkie czasy wojenne. Byłam wówczas kilkuletnią dziewczynką
i na naddniestrzańskich błoniach pasłam krowy wielu sąsiadów. W czasie wojny pod nieobecność ojca, mama w ten sposób ratowała nasz bardzo skromny budżet domowy.
 
 Co jeszcze Pani zapamiętała z Horyhladów ?
 
            Pamiętam ukraińską gwarę zwaną językiem chachłackim. Była to gwara stanowiąca mieszankę języka ukraińskiego i polskiego. Moja siostra, która odwiedziła po wojnie Horyhlady, powiedziała ,że mieszkańcy obecnie mówią czystszym językiem ukraińskim, który był dla niej mniej zrozumiały.
Zapamiętałam pochodzenie nazwy miejscowości Horyhlady. Nauczycielka mówiła, że jadący z Buczacza w kierunku Dniestru mijali góry i doliny i dojeżdżając do wsi mówili: to hory czyli góry i hlady czyli lądy, stąd nazwa Horyhlady. A było co oglądać i podziwiać, bo krajobraz był urozmaicony. Lasy, łąki, wzniesienia i rzeka zakolem opasująca naszą miejscowość. Na drugim brzegu Dniestru wznosiła się wysoka góra. We wsi był kościół i czytelnia czyli coś zbliżonego do dzisiejszej świetlicy. Pamiętałam , że w pobliżu wsi był dwór i folwark , który należał do rodziny Wiśniowskich. Po drugiej stronie Dniestru leżała wieś Odaje i dalej Dolina. Do powiatowego Tłumacza mieliśmy ze dwanaście kilometrów, ale najpierw trzeba był przedostać się promem na drugi brzeg Dniestru.
 
Czy mogłaby przedstawić swoją rodzinę ?
 
            Z rozrzewnieniem wspominam szczególnie moją mamę, która snuła wspaniale rożne bajki i opowiadania. Mama miała na imię Teresa, urodziła się w 1916 roku w czasie pierwszej wojny światowej. Była sierotą, bo dziadkowie umarli z powodu szalejącej na tamtym terenie epidemii tyfusu. Mama nie chodziła do szkoły, gdyż pozostawała na łasce krewnych, a ci nie widzieli potrzeby by zdobyła wiedzę szkolną. Była ich służącą. Mamę jednak wiele nauczyło życie.  Została obdarowana życiowym sprytem, wykonywała różne zajęcia w różnych miejscach. Najdziwniejszą umiejętnością było wróżenie. Nauczyła się wróżyć z kart, żeby przeżyć głód i nakarmić dwie córki. Bo w czasie wojny urodziła się siostra Helena. Gdy mój ojciec Jan był na wojnie mama nie mogła liczyć na większą pomoc krewnych. Czasami niewielką z pomocą przychodziła siostra mamy Anna mieszkająca w Tłumaczu. Ale gdy czasy stały się niebezpieczne ,ciocia przestała przyjeżdżać do Horyhladów. Tato był jedynakiem i jego rodzice Dominik i Anna Tomków byli przeciwni ożenkowi z mamą, bo nie chcieli takiej biednej żony dla swojego syna. Dziadek Dominik zmarł gdy byłam dzieckiem. Mama po nieobecność ojca zajęła się handlem wymiennym i wróżeniem. Wspominała jeszcze długo po wojnie jak moja młodsza siostra jadła z głodu trawę . Jak pani widzi, to wspomnienie głodu jeszcze dzisiaj wywołuje we mnie łzy. Zresztą brakowało wszystkiego. Krążył wierszyk „ Batk'u Stalin daj nam myła ,bo wże wuszy maą skryła „ co można tłumaczyć ' Ojcze Stalin daj nam mydła, bo już wszy dostały skrzydła” Dalsza cześć wierszyka w wolnym przekładzie po polsku brzmiała „ A jak wszy podrosną ta nam głowy zjedzą”
W czasie wojny bardzo ciężko zachorowałam na czerwonkę. Byłam konająca, miałam wysoką gorączkę. Znajomi mówili, że umrę i mama uszyła mi na śmierć koszulę. Tymczasem majaczyłam i chciałam kiszonych ogórków. Koleżanka mamy. Pani Majdańska powiedziała: Skoro chce tych ogórków to jej dajmy , bo i tak umrze. Tymczasem stał się cud, po tych ogórkach zaczęłam zdrowieć i żyję. 
 
Jakie były relacje między różnymi nacjami w waszej wsi w czasie wojny?
 
Ponieważ większość stanowili Ukraińcy , więc nie dochodziło do zbiorowych mordów i podpaleń we wsi, choć pojedyncze się zdarzały. Pamiętam że zamordowano znajomego rodziców Chudeckiego, wycinając mu na piersi gwiazdę, a jego domostwo spalili. W domu mówiło się że tamtejszy ksiądz grekokatolicki nie głosi tego co mówi Ewangelia. Myślę że może się bał banderowców, a może ich popierał. Tato w czasie okupacji dostał od Niemców 50 batów , ale za co to dokładnie nie pamiętam. W mojej pamięci zachowała się scena ze Świąt Wielkanocnych ,kiedy przebiegał front.. Było to w 1944 roku wszyscy siedzieliśmy w okopach a jacyś niemieccy żołnierze przeszukiwali je w poszukiwaniu Rosjan.
Mama bardzo bała się banderowców. Szczególnie od momentu , gdy była świadkiem jak znajomi Ukraińcy z Odajów i Horyhladów, poprzebierani w mundury żołnierzy sowieckich zwoływali się rakietami, a potem wyruszyli ze wsi na jakąś akcję.
 
Przekazała Pani ciekawą informację o banderowcach przebranych w mundury sowieckich żołnierzy Bo rzeczywiście w lutym 1945 roku miał miejsce podstępny mord w powiecie buczackim we wsi Puźniki zamieszkałej przez Polaków, które leżały kilkanaście kilometrów od Horyhladów. Wówczas do Puźnik przybył oddział sowieckich żołnierzy do obrony wsi przed banderowcami , a w nocy przybyli żołnierze , jak się okazało banderowcy, wymordowali wielu mieszkańców i podpalili zabudowania.. Pisał o tym ksiądz Tadeusz Issakowicz – Zaleski , którego rodzina pochodziła również z powiatu. buczackiego. Są w tej kwestii, zeznania świadków w Instytucie Pamięci Narodowej we Wrocławiu. Wróćmy jednak do Horyhladów. Kiedy i w jakich okolicznościach opuściła Pani tę wieś?
 
Mój tato, jak wspomniałam był na froncie, szedł z wojskiem południem Polski aż do Berlina. Nawet miał zdjęcie na którym stał pod Bramą Brandenburską na tle kamiennych koni. Tato napisał do nas list żebyśmy wyjeżdżali w okolice Prudnika, bo tam jest dobra ziemia. Mama jednak bała się nie tylko banderowców ale i wyjazdu, więc pozostaliśmy w Horyhladach i czekaliśmy na powrót ojca. Pewnego dnia, rano tato pojawił się w domu, a popołudniu wyjechaliśmy prawie nic ze sobą nie zabierając. Tato załatwił za zgromadzone drzewo, ociosane i przygotowane na budowę nowego domu, kogoś kto nam pomógł wyjechać do Tłumacza., a stamtąd dostaliśmy się do Stanisławowa. W Stanisławowie rodzice z siostrą Heleną i ze mną wsiedli do towarowego pociągu, który jechał do Polski. Tym pociągiem jechali także inni przesiedleńcy, krewni i znajomi. Gdy zbliżaliśmy się w rejon Prudnika mama nie chciała wysiadać, bo inni jechali dalej, dlatego przyjechaliśmy do Wińska. Tato postanowił że tu zamieszkamy, ale w Wińsku było niebezpiecznie bo stacjonujący żołnierze rosyjscy nie tylko rządzili na tym terenie, ale również rabowali, gwałcili i podpalali.
Mama drżała ze strachu. Dlatego nasza rodzina przeniosła się do Biaław Wielkich i tam zajęliśmy duże gospodarstwo w którym miały mieszkać dwie rodziny. Mieszkała z nami niemiecka rodzina, złożona z dziadków, rodziców i dzieci. Nie była to w pełni rodzina niemiecka ,bo byli przesiedleńcami spod Wilna. Razem spędziliśmy z Niemcami Święta Wielkanocne w 1946 roku. Nauczyłam się przez te kilka miesięcy wspólnego mieszkania dużo słów niemieckich. Gdy Niemcy jesienią 1946 roku opuszczali Białawy, to zostawili nam swoją krowę. Była to krowa., którą oni orali pole i nam również radzili użyć jej do prac polowych. Krowa była ważna, bo my przecież z Horyhladow niczego nie zabraliśmy. Nie mieszkaliśmy w Białawach długo, bo Rosjanie spalili tamtejszą stację kolejową i wystraszona mama, która wszędzie widziała banderowców, chciała mieszkać w spokojniejszym miejscu.. Znów przenieśliśmy się do innej miejscowości. Wujek Petruś z rodziną pozostał w Białawach, a my zamieszkaliśmy w Czaplicach, w byle jakim domu bez podłóg i z powybijanymi szybami. W 1947roku urodziła się moja siostra Irena .Rodzice mówili że po pewnym czasie będziemy wracać nad Dniestr, więc nie zwracali już uwagi na dom. Tymczasem trzeba było z czegoś żyć. Rodzina otrzymała 10 hektarów pola, zaczęła je uprawiać i prowadzić gospodarstwo, a nie dysponowała żadnym sprzętem. Pole było zachwaszczone perzem, który zbieraliśmy na kopki jak siano. Cała rodzina ciężko pracowała. Jak było ciężko to świadczy fakt , że ja i średnia siostra Helena ładowaliśmy na wagon cegły, które- jak mówiono- wywożono do Warszawy, a byłyśmy jeszcze uczennicami. Ojciec robił również buty. Gdy kupił konia i wóz na gumowych kołach to już było lżej.
Pomagałam w pracy rodzicom i chodziłam do szkoły, najpierw w Barkowie , a następnie w Głębowicach. Pamiętam swoje nauczycielki , dyrektorkę Oporowską i Krystynę Występek. Ta ostatnia miała odmrożone, sine ręce bo przebywała na zesłaniu na Syberii.
 Po ukończeniu szkoły podstawowej chciałam uczyć się w szkole dla przedszkolanek w Obornikach Śląskich, ale nie miałam bezpośredniego dojazdu, a rodziców nie było stać na wynajęcie stancji., więc pracowałam w gospodarstwie. Moi rodzice ciężko pracowali i uczyli mnie pracowitości. Ojciec powtarzał: „ ciężko zapracujesz ,to słodko zjesz” , a mama mówiła: nie musisz wszystkiego robić w życiu ,ale dobrze żebyś umiała i życzyła mi żebym była„ panią”.
Bardzo ciężko było w czasach stalinowskich ,kiedy zakładano spółdzielnie produkcyjne nazywane przez ludzi kołchozami. Różnymi sposobami władza zachęcała i zmuszała ludzi do wstępowania Agitatorzy opowiadali jak dobrze jest pracować w kołchozie. Pamiętam że miałam może czternaście lub piętnaście lat i byłam na takiej darmowej zabawie w Barkowie. Wysłał mnie tam ojciec, żebym zdała relacje co się tam będzie działo. Pamiętam że zabawa był połączona z wstępowaniem do spółdzielni produkcyjnej. Orkiestra grała, a do stolika z czerwonym obrusem podchodziły przeważnie wdowy i osoby które nie mogły podołać obowiązkowym dostawom i składały swój podpis. Mój ojciec do spółdzielni nie wstąpił., ale musiał oddawać za marne pieniądze zboże, kartofle, mleko i mięso na obowiązkowe dostawy. .Ponadto w ramach obowiązku tato pracował przy wyrębie i wywózce drzewa z lasu .
Poznałam mojego męża Aleksandra Cielenia , który pochodził z miejscowości Hlibów w powiecie Skałat z Tarnopolszczyzny na Kresach. Po krótkiej znajomości wzięliśmy ślub Kupiliśmy dom i ponad dwa hektary pola od Żukowskich w Baszynie i tu mieszkaliśmy od 1958 roku. Jak przeżycia wojenne były silne , świadczy fakt że gdy mąż jechał do pracy ,a ja zostawałam z małym synkiem sama, to różne strachy nawiedzały moją głowę. Jeszcze w Baszynie w pierwszych latach ,gdy byliśmy małżeństwem na dorobku, trzeba było z naszego pola zdawać obowiązkowe dostawy Mieliśmy oddać trzy i pół kwintala pszenicy, a urodziło się z naszego poletka pięć. .Zastanawialiśmy się z mężem co mamy zrobić z pozostałą pszenicą, czy zrobić mąkę dla naszej rodziny czy. zostawić jako karmę dla kur. .Nie mieliśmy świni .a trzeba było oddać mięso ,więc za pensję mąż pojechał na targ i kupił wieprza na obowiązkowe dostawy.
 Mój mąż był milicjantem ale starał się nikomu nie szkodzić. Władza nie pozwalała żeby rodziny milicjantów przyjmowały wędrujący od domu do domu, obraz Matki Bożej Częstochowskiej. .Ale ja przyjęłam i modliłam się, żeby męża nie wyrzucili z pracy, bo tylko mąż pracował zawodowo. Chyba się nie dowiedzieli ,bo mąż dalej pracował w milicji. Urodziłam trzech synów i najmłodszą córkę. Wykształciliśmy czwórkę dzieci, ja żeby ułatwić życie rodzinie hodowałam dużo drobiu . Często w swoim życiu chorowałam, ale szybciej odszedł mój mąż który był zdrowy do czasu . Czasy wojny wywarły na moje życie niezatarte piętno, tak jak mama boję się i przeżywam wszystkie stany wojenne.
Mieszkam w tym domu w Baszynie ponad sześćdziesiąt pięć lat , najdłużej ze wszystkich miejsc gdzie upływało moje życie. Kilka lat temu odwiedził naszą miejscowość nieznajomy Niemiec, który przyszedł do mnie z Asią Wesołowską i krótko rozmawialiśmy. On wówczas powiedział że ten dom, który zamieszkujemy należał kiedyś do hrabiny. Śmieję się teraz że spełniły się słowa mamy, która na moim weselu założyła mi kapelusz i życzyła żebym żyła jak „ pani”. Chociaż nie jestem hrabiną to mieszkam w domu , który kiedyś należał do wielkiej pani., a na starych zdjęciach niemieckich widnieje podpis” Schloss”.
 
 
 
Baszyńskie rozmowy o przeszłości – wywiad z Panią z Krystyną Starmachową o rodzinach Wabiszczewiczów i Bednarzów
Pani rodzinne strony to…?
 
 Urodziłam się na kolonii Pokosy w gminie Klewań koło Równego na Wołyniu w czasie trwania II wojny światowej. Tam mieszkałam z rodzicami: Walentym Wabiszczewiczem i Antoniną Wabiszczewicz z Bednarzów oraz dwoma starszymi braćmi, Zdzisławem urodzonym w 1937 roku
i Edwardem który urodził się w 1939 roku. W tej samej miejscowości mieszkała także babcia Marianna Bednarz która była wdową oraz rodzeństwo mamy. Mama pochodziła z Pokosów. Mój tato Walenty Wabiszczewicz pochodził z powiatu Równe, ale urodził się w miejscowości Wołoszki w gminie Aleksandria. Po ślubie rodzice zbudowali dom w Pokosach i tam mieszkałam do grudnia 1944 roku. Ojca straciłam we wczesnym dzieciństwie, bo został on w kwietniu 1942 roku rozstrzelany przez Niemców. Pozostała mi po nim jako pamiątka książeczka wojskowa z której wynika że służbę wojskową odbywał w 19 pułku ułanów w stopniu ułana
 
 Dlaczego rozstrzelano pani ojca ?
 
Przyczyną tego wydarzenia była ukraińska prowokacja. Pokosy były zamieszkałe przez różne narodowości. Sąsiadami byli Polacy, Czesi, Niemcy i Ukraińcy. Z opowiadań mamy i babci wiem że przed wojną sąsiedzi żyli ze sobą w zgodzie, ale wraz z wybuchem wojny sytuacja się zmieniła. Ukraińcy tolerowali Czechów, a Polaków niszczyli. Szukali ku temu różnych sposobów. W Pokosach umieścili w oknach domów Polaków prowokacyjne, antyniemieckie ulotki . Mężczyzn z tych domów aresztowano. Wśród aresztowanych był mój tato. Ojciec był pewny że go wypuszczą skoro był niewinny. Pojawił się na krótko w domu i wówczas mama prosiła go żeby uciekał do Wołoszek gdzie mieszkali krewni ojca. Tato obstawał przy swoim. Mówił: Jestem niewinny i rodziny nie opuszczę. Niemcy po kilku dniach ponownie go aresztowali i rozstrzelali wraz z innymi Polakami .Po pewnym czasie okazało się że ulotki drukowano w domu popa. Sprawę ujawnił jeden z Ukraińców, który był żonaty z Polką. Wraz z ojcem rozstrzelano brata matki,wujka Józefa Bednarza i szwagra Jana Rożenka czyli męża mamy siostry.
 
Czy dobrze zrozumiałam? Pani babcia, Marianna Bednarz straciła wówczas syna i dwóch zięciów?
 
Tak rozstrzelano wtedy mojego ojca ,wujka Józefa Bednarza i męża cioci Anny Rożenek. Tamtych wydarzeń nie pamiętam, gdyż była jeszcze bardzo mała. Znam je z rodzinnych opowiadań. Natomiast repatriację to już zapamiętałam.
 
A kiedy doszło do repatriacji?
 
W grudniu 1944 roku wyjechaliśmy na Lubelszczyznę, a wiosną 1945 roku na Zachód Polski. Zanim znaleźliśmy się w Baszynie, zmienialiśmy kilkakrotnie miejsce pobytu. Najpierw uciekliśmy z obawy przed Ukraińcami do Równego. Mama zamieszkała z trójką dzieci u krewnych. Ponieważ pracowała we młynie i zabrała ze sobą krowę więc mieliśmy co jeść. Ale sytuacja się zmieniła. Z Równego jechaliśmy w torowych odkrytych wagonach na Lubelszczyznę. Wyjeżdżaliśmy razem z babcią Marianną Bednarzową. Każda rodzina wywoziła krowę. Zabroniono wywiezienia dwóch krów. Mama swoją krowę musiała zarżnąć. Gdy już nadszedł termin wyjazdu, zmieniono zarządzenie. Zezwolono na wywóz dwóch krów, ale nasza już była zabita. Jechaliśmy długo. Przybyliśmy do Wierzchowiny koło Krasnegostawu w Lubelskim. Tym samym transportem przyjechała także siostra mamy, Anna Rożenek wdowa z piątką dzieci. Wiosną 1945 roku skierowano nasz transport do Głogowa. Ciocia Anna nie zdecydowała się na wyjazd. Została na Lubelszczyźnie, bojąc się że sama bez męża, nie podoła trudom dalekiej podróży. Po pewnym czasie Rożenkowie wyjechała do Olsztyna.
 
Jak   Pani rodzina znalazła się w Baszynie?
 
Jechaliśmy w nieznane. Zapamiętałam że na postojach kobiety stawiały na cegłach garnki i w nich gotowały pożywienie, były to zupy lub kasze. Bydło karmiono gdy w pobliżu torów była jakaś trawa lub koniczyna i jechaliśmy dalej. Po drodze na stacjach miejscowi ludzie wynosili nam jedzenie. Przyjechaliśmy do Głogowa gdzie mieliśmy się osiedlić .Okolica była zrujnowana. Mama nie chciała abyśmy tam zamieszkali, więc skierowano nas do Wołowa a stąd w maju 1945 roku trafiliśmy do Baszyna. Doświadczenia wojenne spowodowały że mama obawiała się że nie potrafi sama utrzymać troje dzieci. Bardzo odczuwała brak ojca. Dlatego mieszkaliśmy początkowo w jednym domu z rodziną babci.
 
Powiedziała Pani że przed wojną babcia mieszkała w osobnym domu ze swoją rodziną . Czy może
 Pani przedstawić bliżej tę rodzinę?
 
Babcia Marianna była żoną Aleksego Bednarza i miała kilkoro dzieci .Niektóre zmarły w dzieciństwie. Zmarł również dziadek Aleksy. Jej córki to ciocia Anna i Antonina moja mama,. Synowie to Józef Bednarz który jak wspominałam wcześniej został rozstrzelany w 1942 roku,   Drugi Stanisław zginął na wojnie na Wale Pomorskim w 1945 roku i spoczywa na cmentarzu wojskowym w Wałczu. Trzecim synem był Zygmunt. W czasie wojny został on schwytany przez banderowców, którzy dali mu szpadel i nakazali kopać grób. Zygmunt Bednarz kopał mogiłę, a egzekutorzy postanowili zapalić papierosy. Gdy jeden od drugiego brał ogień Zygmunt uderzył ich szpadlem i zaczął uciekać. Ukraińcy strzelali do niego , jednak udało mu się uciec. Odłamki tej strzelaniny nosił w nogach do końca życia. Szczęśliwie dotarł do drogi na której spotkał Niemców. Gdy ci próbowali z nim się porozumieć nie potrafił wykrztusić słowa. Wówczas żołnierz wymierzył mu mocny policzek. Napadnięty odzyskał mowę i opowiedział co go spotkało. Po tym wydarzeniu Zygmunt Bednarz został zabrany na roboty przymusowe do Rzeszy a po wojnie osiedlił się w Baszynie. Również babcia Marianna w czasie wojny dzięki znajomej Czeszce uratowała swoje życie. Bo gdy mieszkaliśmy już w Równem wybrała się ona furmanką do Pokosów po żywność. Gdy była na miejscu, przybiegła do niej sąsiadka czeskiej narodowości, radząc żeby natychmiast opuściła Pokosy, bo znajoma Ukrainka pobiegła zawiadomić swoich, że Bednarzowa przyjechała do domu. Babcia nie czekając na rozwój sytuacji szybko opuściła kolonię i wróciła do Równego.
 
 Ile rodzin z Pokosów przybyło do Baszyna?
 
Tylko dwie Wabiszczewicze i Bednarzowie. Inne rozjechały się po kraju. Również nasi krewni osiedlili się w różnych rejonach kraju, na Pomorzu i w Szczecinie i w Olsztynie i w Wielkopolsce.
 
 Jak zapamiętała Pani Baszyn w pierwszych latach po wojnie?\
 
Wieś nie była zniszczona, z wyjątkiem pierwszego domu koło Bednarzów. W Baszynie w maju 1945 roku stacjonowała rosyjska kuchnia w domu za stawem , tam gdzie mieszkają obecnie Dziubińscy. Zapamiętałam że wieś była samowystarczalną. Na rogu w domu, który później należał do rodziny Rębielaków mieściła się piekarnia, a sprzedaż chleba odbywała się w sąsiednim domu czyli w tym który obecnie należy do nas. W pobliżu dzisiejszego przystanku była gospoda a obok wozownia. Mówiono, że tam można było skorzystać za czasów niemieckich z podwiezienia jeżeli taka była konieczność. Zniszczeń w okolicy dokonali Rosjanie. W Baszynie spalili gospodę i wozownię, w Smogorzowie spalili kościół i plebanię, a w Wińsku rynek.

Do czasu wyjazdu Niemców, kościół w Baszynie należał do ewangelików. My uczęszczaliśmy na nabożeństwa, wędrując pieszo do Wińska. Po wyjeździe Niemców od czasu do czasu odbywały się msze w Baszynie, ale nieregularnie. Baszyn należał do parafii w Wińsku. Dopiero po opuszczeniu więzienia przez księdza Bełcha w 1956 roku powstała parafia w Smogorzowie i do niej należał Baszyn. Sklep w Baszynie mieścił się w różnych domach i zmieniał swoją lokalizację. Szkoła w początkowomieściła się w pierwszym budynku na początku Baszyna od strony Wińska, tam gdzie obecnie mieszka rodzina Wesołowskich. Do tej szkoły uczęszczałam sześć lat. Do siódmej klasy chodziłam pieszo do Wińska. Większość rodzin które zamieszkały w Baszynie przybyła z Polesia , tylko dwie z Wołynia. Osiedlali się również ludzie z innych części Polski. W 1961 wyszłam za mąż za Józefa Starmacha z Krzydliny, którego rodzina wywodzi się z Podobina spod Limanowej.

Historia jednego krzyża – ks. Józef Brzostowski

Telewizja Polska przygotowała film dokumentalny pt. „Historia jednego krzyża” – o krzyżu Jana Pawła II z Wielkiego Piątku 2005 r. Historię tego krzyża i okoliczności powstania filmu przybliża ks. Józef Brzostowski, dziennikarz Telewizji Polskiej SA Oddział w Rzeszowie
Ten krzyż został pokazany światu w ostatni w ziemskim życiu Jana Pawła II Wielki Piątek – 25 marca 2005 r. Zmożony chorobą Ojciec Święty nie mógł wtedy uczestniczyć w Drodze Krzyżowej w rzymskim Koloseum. Modlił się więc w swojej prywatnej kaplicy, przytulony do krzyża.
Wielki Piątek 2005 r.
Rzesze wiernych z całego świata zgromadziły się wokół oświetlonych murów rzymskiego Koloseum. Skupione twarze pielgrzymów, dzieci z kolorowymi lampionami. Dawne miejsce śmierci setek chrześcijan zostało otoczone modlitwą. W tej wyjątkowej scenerii widzimy niesiony w otoczeniu biskupów i kardynałów krzyż.
W życiu Jana Pawła II był to ostatni Wielki Piątek. Wyczerpany przez chorobę Ojciec Święty przebywał w swojej prywatnej kaplicy, gdzie za pośrednictwem telewizji łączył się duchowo w modlitwie z uczestnikami Drogi Krzyżowej w Koloseum. W ten sposób i wierni towarzyszyli swojemu Papieżowi w jego modlitwie Drogi Krzyżowej. Noc tę opisuje kard. Joseph Ratzinger w swoich pasyjnych rozważaniach:
„«Jeśli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię,
nie obumrze, zostanie samo jedno,
ale jeśli obumrze,
przynosi plon obfity» (J 12, 24).
Jezus jest pszenicznym ziarnem, które obumiera.
Obumarłe ziarno pszenicy daje początek wielkiemu rozmnożeniu chleba, które trwa aż do skończenia świata:
On jest chlebem życia,
zdolnym w przeobfity sposób zaspokoić głód
całej ludzkości i dać jej życiodajny pokarm,
przedwieczne Słowo Boga, które dla nas stało się ciałem, a także chlebem,
poprzez krzyż i zmartwychwstanie.
Nad pogrzebem Jezusa jaśnieje tajemnica Eucharystii”.
Przed XIV stacją Jan Paweł II poprosił o krzyż. Po przebytej tracheotomii, nie mogąc nic powiedzieć, tylko mimiką i gestami wyraził prośbę o przyniesienie krzyża. Wtedy to abp Stanisław Dziwisz powiedział do ks. Mieczysława Mokrzyckiego: „Mieciu, przynieś krzyż”. Osobisty sekretarz poszedł do swojej sypialni i ściągnął ze ściany krzyż, po czym wręczył go Ojcu Świętemu. Cały świat za pośrednictwem przekazu satelitarnego widział niesamowity obraz – Jana Pawła II tulącego się jak dziecko do krzyża…
Dla p. Stanisława Trafalskiego, artysty rzeźbiarza ze Stefkowej, ten dzień na zawsze pozostanie w pamięci. Samotnie wybrał się w bieszczadzkie lasy. Ściął drzewo i zrobił krzyż. Odprawiał Drogę Krzyżową za żonę, która od 15 lat była sparaliżowana. Surowe drzewo było ciężkie, trasa Drogi Krzyżowej wyczerpująca. Upadał pod ściętym drzewem, ale doszedł do celu i ostatkiem sił wkopał krzyż w ziemię. Do dzisiaj tam jest. Kiedy wrócił do domu, szybko zrzucił brudne ubranie i doprowadził się do porządku. Nie chciał, by żona i syn widzieli go w takim stanie. To była jego tajemnica.
Późnym wieczorem z żoną oglądali transmisję papieskiej Drogi Krzyżowej. Stanisław siedział w fotelu, żona – na wózku inwalidzkim. Jakież było ich zdziwienie, kiedy zobaczyli krzyż w dłoniach Ojca Świętego. – Janino! To ten sam krzyż, który Ci kiedyś zrobiłem. – To niemożliwe! – odpowiedziała p. Janina.
Rok 1990
Ten rok dla p. Janiny Trafalskiej okazał się tragiczny. Myła okna w mieszkaniu. Nagle spadła, złamała kręgosłup. Mimo natychmiastowej pomocy, wielu operacji i zabiegów straciła na zawsze sprawność nóg. Wtedy załamała się, nie przyjmowała nikogo. Zasunęła żaluzje w oknach. Chciała ukryć przed światem swoje kalectwo. Obrażona na Boga, pogrążona w bólu, ciągle zadawała pytania: „Panie Boże, dlaczego ja, dlaczego teraz? Przecież mam synka Sebastiana, który ma zaledwie 6 lat. Jak oni sobie poradzą bez mojej pomocy?”. Mąż Stanisław cierpiał razem z żoną. Zamykał się w pracowni. Tam w samotności rzeźbił, malował i zastanawiał się, jak jej pomóc. Pewnego dnia postanowił wyrzeźbić dla niej krzyż. Po kilku miesiącach przyniósł jej czarny krucyfiks i powiedział: „To dla Ciebie”.
W roku 2000 delegacja samorządowców z Krakowa wraz z wójtem Olszanicy wybierała się do Watykanu. Wójt poprosił artystę Stanisława Trafalskiego o jakąś pamiątkę dla Ojca Świętego. Ten długo zastanawiał się, jaką rzeźbę podarować Papieżowi. Wtedy żona zasugerowała, że odda swój krzyż. To była trudna i odważna decyzja. Ze smutkiem pożegnali się z rodzinną pamiątką, nie dowierzając, że rzeczywiście trafi ona do Papieża.
Rok 2007
Minęły 2 lata od śmierci Ojca Świętego. Osobisty sekretarz Jana Pawła II i Benedykta XVI – ks. Mieczysław Mokrzycki otrzymał sakrę biskupią na Watykanie. Został mianowany nowym metropolitą lwowskim, po kard. Marianie Jaworskim. Nowy biskup Lwowa spakował swoje rzeczy. Razem z nimi zabrał pamiętny krzyż z Wielkiego Piątku. Po przyjeździe do kraju podarował go swoim rodzicom: Bronisławie i Piotrowi mieszkającym w Łukawcu. Dla nich był on już relikwią. Bliski przyjaciel abp. Mokrzyckiego – proboszcz ks. Mieczysław Bizior, poruszony wzruszającą historią krzyża, poprosił rodziców o możliwość wystawienia go w swojej parafii. Za zgodą syna podarowali oni kościołowi w Kraczkowej wielkopiątkowy krzyż. Dziś ta relikwia wędruje po parafiach ziemi przemyskiej. Ludzie ten krzyż adorują, modlą się przy nim, on rozpala ich wiarę i przypomina świadectwo ukochanego Jana Pawła II.
Rok 2012
Moja kolejna wizyta u pp. Janiny i Stanisława Trafalskich. Uśmiechnięta twarz kobiety na wózku. Ręce poparzone od czajnika – w ten sposób je rozgrzewa. Od 22 lat sparaliżowana narzeka na zimne kończyny – to efekt problemów z krążeniem. Na stole w kuchni leży różaniec. Przygotowują się do świąt wielkanocnych. Mąż myje okna, żona jak może pomaga. – Jestem szczęśliwa – mówi. – Cieszą mnie nadchodzące święta. W powietrzu czuć wiosnę. Dopiero z perspektywy wózka inwalidzkiego zrozumiała sens swojego cierpienia. Dzisiaj jest pewna, że ten prosty krzyż pomógł jej przetrwać najtrudniejsze chwile.

Przygotowanie do sakramentu bierzmowania

W tym roku szkolnym rozpoczynają się dwuletnie przygotowania młodzieży do sakramentu bierzmowania. Do bierzmowania przygotowuje się młodzież I, II i III klasy Gimnazjum. Pierwsze spotkania: Baszyn – środa o 1830, Pełczyn – czwartek – 1830, Smogorzów – piątek o 1830.
W październiku w ramach przygotowania do przyjęcia sakramentu dojrzałości młodzież, zamiast katechezy uczestniczy w nabożeństwach różańcowych.

Tam, na Wołyniu, ludzie się modlili, żeby od kuli, a nie od piły zginąć…

1. Opisów zbrodni wołyńskich normalny człowiek nie jest w stanie spokojnie czytać, ani słuchać. To wszystko jest zbyt straszne, a zarazem zbyt współczesne, zbyt świeże…
Gdybym się urodził 15 lat wcześniej i 300 kilometrów dalej na wschód, też bym może, jako dziecko, umierał nadziany na tych sztachetach….
Gdy przełamując się jednak czytam te opisy, widzę moich rodziców, moje siostry, brata, widzę moją rodzinę, moje dzieci…. nie… to jest zbyt potworne, żeby znieść samą myśl o tym, co tam się działo…
Straszny był Katyń i tysiące miejsc katyniopodobnych, gdzie i mój dziadek zginął, straszne były sowieckie wywózki, deportacje na Sybir, których i moja matka doznała, ale szczęśliwi, którzy jedynie Sybiru doświadczyli, uchodząc spod spod siekier i pił. Tam, na Wołyniu, ludzie się modlili, żeby od kuli, a nie od piły zginąć…
2. 70 lat temu oprawcy z UPA zaczęli to bodaj najokrutniejsze w dziejach świata zabijanie. Zabijali tak strasznie, żeby nie tylko martwi milczeli, ale i żywi nie byli w stanie o tym opowiedzieć. Kto przeżył, schowany gdzieś w końskim gnoju albo w zbożu, kogo siekierą nie dobili, albo widłami nie zadźgali, kto widział porąbane ciała, rozprute brzuchy, wydłubane oczy swoich rodziców, sióstr czy braci – ten, żeby do reszty nie oszaleć, musiał wyprzeć, usunąć gdzieś w cień te straszne obrazy ze swojej żywej pamięci.
To było zbyt straszne, żeby opowiadać, zbyt straszne, żeby zachować zwyczajne ludzkie pamiętanie…
3. Można było nakręcić filmy o mordowanych pocztowcach gdańskich i o Westerplatte. Można było opisać w książkach i na filmach pokazać rozstrzeliwania w Wawrze czy w Palmirach, można było ukazać hekatombę Powstania Warszawskiego. Można było przedstawić straszną egzekucję rotmistrza Pileckiego. Sięgając wstecz – można było znieść filmowe sceny zarzynania Nowowiejskiego i wbijanie na pal Azji Tuhajbejowicza. Ale nie da się w pełni opowiedzieć, ani pokazać tego, co się działo na Wołyniu i Podolu. Nie da się pokazać nabijania dzieci na sztachety, przecinania ludzi piłą, odrąbywania rąk i nóg, miażdżenia ludzi w trybach kieratów. rozpruwania brzuchów ciężarnych kobiet. Nie da się, bo tego obrazu żaden widz, żaden normalny człowiek nie wytrzyma…
4. Oprawcy z UPA dobrze wiedzieli, jaki realizowali plan. Zabijali tak, by nie tylko zabić, ale i przerazić okrucieństwem. Zabijali tak, by wraz z ludźmi zabić też i pamięć o tym strasznym zabijaniu. W dużej części to im się udało. Jeszcze żyją świadkowie tamtych krwawych dni, a połowa Polaków nie wie dziś, co to były zbrodnie wołyńskie, kto kogo tam zabijał i dlaczego.
Połowa Polaków nie wie, o Ukraińcach nie wspominam…
5. Zbrodnie UPA, a w tle najniewinniejsi z niewinnych – Niemcy. W lipcu 1943 roku Wołyń, Podole i cała Ukraina były pod niemiecką okupacją i kontrolą. Niemieccy agresorzy najpierw, wespół z Rosjanami, rozbili i zniszczyli państwo polskie, które gwarantowało pokój i bezpieczeństwo wszystkim swoim obywatelom i narodom, a potem zainspirowali tę rzeź, której życzliwie się przyglądali. Polacy i tak byli przewidziani do zabicia, a piły i siekiery to była oszczędność amunicji…
6. Nad ukraińskimi zbrodniami na Wołyniu i Podolu nie było sądu ani trybunału. Był trybunał nad Niemcami w Norymberdze, był sąd w Rwandzie, w byłej Jugosławii, były różne sądy i trybunały – a ta zagłada ponad 3 tysięcy wsi, ta straszna, nie dająca się opowiedzieć rzeź ponad 120 tysięcy Polaków nie została nawet symbolicznie osądzona.
I nawet nie zażądaliśmy tego sądu, ciągnąc do Unii Ukrainę. Chorwaci musieli się rozliczyć, wydać generała Gotowinę, Serbowie, choć daleka jeszcze droga, musieli wydać Mladica i Miloszewica – a na Ukrainie Banderze i Szuchewyczowi stawia się pomniki.
Co tam na Ukrainie, skoro w Polsce, na liście przebojów, bryluje grupa „Enej”, nazwana tak od imienia jednego z najkrwawszych oprawców UPA.
7. Kiedyś prawda o Wołyniu nie odpowiadała komunistom, potem znów nie pasowała do koncepcji europeizacji Ukrainy. Dziś Sejm Rzeczypospolitej spiera się, czy to było ludobójstwo.
Nie tylko ludobójstwo, ale pamięciobójstwo przede wszystkim. Zabijanie ludzi wraz z pamięcią o tym zabijaniu…

Janusz Wojciechowski, wpolityce.pl