Kim był Lech Kaczyński

Kim był Lech Kaczyński? Był wolnym i dumnym Polakiem. Kiedy różne europejskie osobistości, chcąc mu się przypodobać, na siłę współczuły nam, przywołując jakieś stereotypy dotyczące polskiej historii, prezydent półżartem ripostował: –O czym wy, panowie, mówicie? Polacy na kilkaset lat zatrzymali pochód Niemców na wschód. Zatrzymali pochód islamu na zachód. W XX wieku zatrzymali inwazję bolszewików. Polacy jako pierwsi powiedzieli Hitlerowi „nie” i zmusili Zachód do tego, by podjął wojnę z niemieckim nazizmem. I wreszcie to Polacy stworzyli największy w historii świata ruch masowy Solidarność, który obalił komunizm. Tak więc patrzcie na polską historię, anie –że to tylko cierpiętnictwo, pot i łzy…
Lech Kaczyński był politykiem skutecznym. W
półtora dnia zorganizował wizytę pięciu przywódców państw Europy Środkowej w Tbilisi, i obronił w ten sposób niepodległość Gruzji.
Był politykiem suwerennym. Powiedział o Katyniu do Władimira Putina: tutaj racje nie są równo rozłożone. Rację mają ci, którzy walczą o wolność. A wiedział dobrze, że fundamentem PRL ubyło kłamstwo o Katyniu i Miednoje. Zatem prawda o Katyniu to jeden z fundamentów wolnej Polski. W mowie, której nie wygłosił, bo zginął, a którą poznali 9 kwietnia jego współpracownicy, szedł bardzo daleko. Mówił o ludobójstwie. A za tym idą zobowiązania międzynarodowe…
Miał wizję Polski, która jest krajem dla wszystkich. Gdzie liczą się sprawiedliwość, solidarność, uczciwość. Traktował polską państwowość jako wartość mającą zapewnić Polakom bezpieczeństwo. Walczył o
Polskę silną świadomością swojej tożsamości i świadomą swojej wartości. Uczył tych, którzy chcieli go słuchać, że do odtworzenia suwerennego państwa doprowadzili solidarnie występujący w obronie własnej wolności Polacy. Anie dwudziestu panów przy okrągłym stole. To tylko obcy i cynicy chcą nam wmówić, że jesteśmy nic niewarci.
Annie Walentynowicz, Andrzejowi Gwieździe, zepchniętym na
margines przez wysługujących się obcym cynicznych Polaków, powiedział: To właśnie wam Orzeł Biały należy się jak mało komu. Odznaczenie mamy ks. Jerzego Popiełuszki było powtórzeniem za błogosławionym: Fałsz należy zwyciężać prawdą, a zło dobrem. Słyszycie ten rechot cynicznych wasali?
Prezydent wolnych Polaków. Prezydent był patronem procesu rozwiązania Wojskowych Służb Informacyjnych strzegących interesów imperium. Był wtedy osaczany i
kontrolowany. Cyniczni po1989r. wdrapali się na górę i wciągnęli za sobą drabiny. Kiedy poczuli się zagrożeni, spuścili na Lecha Kaczyńskiego swoje medialne bulteriery, lisy i buldogi. Gdy w negocjacjach międzynarodowych Brytyjczycy zabiegali oswój narodowy interes, medialna hałastra piała: patrzcie, jak trzeba walczyć o swoje! Kiedy Lech Kaczyński walczył o nasze interesy, ci sami dziennikarze i komentatorzy krzyczeli: Jaki burak! Toż to ciemnogród, kij w szprychy europejskiej integracji!!
Moskwa próbuje od
kilkunastu lat odbudować postsowiecki układ geopolityczny. Lech Kaczyński na to: „Rosja musi przyjąć do wiadomości, że skończył się jej trzechsetletni okres dominacji nad Polską”. Tak postępuje mąż stanu.
Równolegle prezydent Kaczyński realizował politykę budowania sojuszy z państwami równie zagrożonymi co Polska. Z Ukrainą i Gruzją. Łotwą, Litwą, Estonią. Odwołał się przy tym do naturalnego przywództwa Polski w nierosyjskiej Europie Wschodniej. A sojusze budował nie na zasadzie dominacji, lecz opierając się na solidarności interesów. Dlatego jego usilne starania, by ten region stał się częścią starej  i bezpiecznej Europy. Kontrapunktuje to staranie transparent ze słynnego wiecu w oblężonym Tibilisi: Stop Russia.
I
ostatecznie rację ma Jarosław Kaczyński: Wawel jest symbolem tego, że w wymiarze historycznym Lech Kaczyński wygrał. Inie bez znaczenia będzie dla naszej przyszłości, kiedy do wszystkich Polaków dotrze, że na czele państwa może stać uczciwy człowiek, który nie ma w życiorysie niczego, czego musiałby się wstydzić, co daje mu swobodę działania. Że ktoś taki może działać w najlepiej rozumianym interesie kraju. Że możliwe jest, aby na czele narodu stał człowiek tak po ludzku wyjątkowo dobry. Że polityka nie jest immanentnie skażona. Że nie jesteśmy skazani na cyników lub głupków. Że nie jesteśmy skazani na zdrajców, katów, tchórzy.
Walka na
śmierć i życie
Lech Kaczyński wiedział, na
co się waży. Jedna z jego urzędniczek mówi w filmie: Zdawało mi się, że przesadza, gdy powtarzał, że przed nami być może walka na śmierć i życie. Grał z największymi. Na Westerplatte mówił do Putina: „Trzeba się potrafić przyznać do grzechu”. „Tonie jest droga do pojednania”. Ktoś do mnie wtedy powiedział: oni mu tego nie zapomną.
Prezydent mówił: „Rosjanie pokazali twarz, którą znamy od
setek lat. Uważają, że narody mieszkające wokół powinny im podlegać. My mówimy NIE”. Lech Kaczyński naprawdę zatrzymał rosyjskie czołgi. I Gruzini naprawdę skandowali na wiecu: „Polska, Polska”. Niestety, imperialne czasy nie skończyły się raz na zawsze. Nie żyjesz, Prezydencie. W błocie leżało Twoje ciało. I przyszłość Polski zależy od tego, jaki z Twojej lekcji wysnujemy wniosek. Pokojowe powstanie Solidarności nie zostało dokończone. Marzenia milionów o sprawiedliwości i wolności nie zostały spełnione. Wąska grupa konsumuje owoce narodowego zrywu. A Ty uczyłeś: Polska jest dla tych, którym się udało, ale jest też dla tych, którym udało się mniej. Polska musi być Polską solidarną.
Lech Kaczyński, typowy inteligent z
Żoliborza. W ostatniej scenie filmu idzie w jasność w kurtce koloru khaki. Patrząc na scenę, w głowie miałem słowa Antoniego Macierewicza, skierowane do będącego w Smoleńsku Jarosława Kaczyńskiego: Weźcie koniecznie Leszka z tej przeklętej ziemi.
A
Ty, Czytelniku, musisz się zdecydować, po której jesteś stronie.
( Robert Tekieli Gazeta Polska Codziennie)

Ks. Józef Bełch – Żołnierz Wyklęty

Musimy wystąpić w obronie praw narodu
Ks. Józef Bełch (1909-1993)
 
Ksiądz Józef Bełch należał do grona duchownych, którzy potrafili łączyć powołanie kapłańskie z działalnością społeczną i patriotyczną. Pomimo represji i szykan komunistycznych władz zasadom tym pozostawał zawsze wierny.

   Józef urodził 4 lipca 1909 r. w Różance koło Strzyżowa w powiecie krośnieńskim, w rodzinie o szlacheckich korzeniach. Jego rodzicami byli Izydor i Teresa z domu Strzępek. Był czwartym z ich dziewięciorga dzieci. Religijna atmosfera domu rodzinnego sprawiła, iż z pięciu synów aż czterech wybrało stan kapłański, spośród trzech sióstr jedna wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Starowiejskich.
   Wkrótce po urodzeniu się Józefa, w maju 1910 r. rodzina przeniosła się do Sobniowa koło Jasła, gdzie prowadziła gospodarstwo rolne. W latach 1916-1920 Józef uczęszczał do szkoły powszechnej w Sobniowie, następnie zaś w Jaśle. We wrześniu 1920 r. rozpoczął naukę w jasielskim Państwowym Gimnazjum im. króla Stanisława Leszczyńskiego. Po uzyskaniu świadectwa dojrzałości w 1928 r. ochotniczo wstąpił do wojska.

 
   Kapłaństwo

Ks. Józef Bełch (1909-1993). Opublikowano w 'Naszym Dzienniku', w numerze 192 (2905) z dnia 18-19 sierpnia 2007 r.   We wrześniu 1929 roku Józef wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego obrządku łacińskiego w Przemyślu. 24 czerwca 1934 r. przyjął z rąk ordynariusza przemyskiego ks. bp. Franciszka Bardy święcenia kapłańskie. 1 sierpnia tego roku podjął obowiązki wikarego w parafii Przybyszówka koło Rzeszowa. W ramach działalności Akcji Katolickiej roztoczył swą opiekę nad tamtejszą młodzieżą.
   Dnia 21 lutego 1936 r. ks. Bełch decyzją ordynariusza przeniesiony został do parafii w Łańcucie. Jako wikary utworzył tam Chrześcijański Związek Robotników Rolnych i Przemysłowych – by przeciwstawić się komunistycznym wpływom i propagandzie w miejscach pracy mieszkańców wsi i miast. Napisał również wtedy, wydaną następnie pod pseudonimem "Józef Wieśniak", książkę "Wici – Agraryzm – Siew. Ruch młodowiejski w świetle zasad katolickich" (Kraków 1937). Zawierała ona krytyczne opinie o ruchu młodowiejskim. Ujawniała związki aktywistów wiciowych z socjalizmem i komunizmem. Opracowanie to spotkało się z uznaniem Prymasa Augusta Hlonda.
   Decyzją ks. bp. Franciszka Bardy z 28 lipca 1938 r. ks. Bełch przeniesiony został z Pikulic do parafii w Rozwadowie, gdzie powierzono mu funkcję wikariusza. Pełniąc obowiązki duszpasterskie, zaangażował się jednocześnie w działalność społeczną na rzecz mieszkańców rozbudowującej się Stalowej Woli. Miał swój udział w utworzeniu tam szkoły podstawowej, gimnazjum i szkoły technicznej, zabiegał też o poprawę warunków bytowych robotników zatrudnionych w rozwijających się Zakładach Południowych.
   Aktywność ks. Bełcha zdecydowała o tym, że 1 stycznia 1939 r. mianowany został sekretarzem generalnym Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej w diecezji przemyskiej. Odtąd mieszkał w Przemyślu i zaangażował się w tworzenie diecezjalnych struktur organizacji. Opublikował wówczas obszerne dzieło "Katolickie odrodzenie wsi" (Poznań 1939), które w swym założeniu stanowić miało pomoc dla działaczy stowarzyszenia.

 
   Doświadczenia wojenne

   W związku z wybuchem wojny ks. bp F. Barda pismem z 11 września 1939 r. skierował ks. Józefa Bełcha do pomocy duszpasterskiej w Okręgowym Szpitalu Wojskowym nr 10 w Przemyślu, natomiast 21 września wyznaczył mu funkcję tymczasowego zarządcy parafii w Niżankowicach. Z powodu zagrożenia rozstrzelaniem przez Niemców ks. Józef i jego brat ks. Stanisław – generalny sekretarz Stowarzyszenia Mężów i asystent Chrześcijańskich Związków Zawodowych, otrzymali od ks. bp. sufragana Wojciecha Tomaki samochód wraz poleceniem wyjazdu do Kołomyi i w razie konieczności opuszczenia kraju. Ksiądz Stanisław przekroczył granicę, ksiądz Józef natomiast zrezygnował z wyjazdu i wystąpił o skierowanie go do którejś z parafii pozbawionych duszpasterza. 23 września decyzją ks. bp. Tomaki, zarządzającego częścią diecezji przemyskiej pozostającą pod okupacją Związku Sowieckiego, został administratorem parafii w Stojańcach k. Mościsk. Tam nawiązał kontakt z ks. Mikołajem Maciukiem, proboszczem parafii obrządku greckokatolickiego w pobliskim Wołostkowie. Dzięki jego wsparciu mógł przetrwać wraz parafianami czas represji sowieckich oraz uniknąć wywózki na Wschód. Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej i wkroczeniu Niemców, dzięki znajomości języka, wbrew przeszkodom stwarzanym przez miejscową administrację ukraińską, wyjednał u zwierzchnich władz niemieckich zezwolenie na wznowienie działalności szkół polskich i udostępnienie wiernym kościołów zamkniętych pod pretekstem czasowego zagrożenia epidemią tyfusu. Informacje uzyskane od ks. Maciuka pozwoliły mu ocalić miejscowych Żydów. Ostrzegł bowiem przełożonego gminy Judę Garfunkla o terminie planowanej eksterminacji. Wystawił ponadto dwóm rodzinom żydowskim metryki chrztu.
   Na przełomie 1942 i 1943 r. ks. Bełch wstąpił do Armii Krajowej i pod pseudonimem "Róża" pełnił funkcję kapelana w Obwodzie AK Mościska. Jednym z celów, który przyświecał jego decyzji, była troska o ducha moralności wśród żołnierzy niepodległościowego podziemia i obrona polskiej ludności "przed przygotowywanymi napadami ukraińskimi". Na plebanii prowadził nasłuch radiowy i w oparciu o uzyskane informacje wydawał "Biuletyn Informacyjny". Przechowywał osoby ukrywające się przed Niemcami. Uczestniczył w akcjach przejmowania lotniczych zrzutów broni i amunicji oraz organizował kryjówki – magazyny, gdzie uzbrojenie to było przechowywane. Prawdopodobnie organizował także szkolenia wojskowe.

 
   W Stronnictwie Narodowym

   W czerwcu 1944 r., po uzyskaniu z kurii urlopu zdrowotnego z powodu postępów gruźlicy, ks. Józef Bełch przeniósł się do Grodziska k. Strzyżowa. Mieszkając u ks. Józefa Stybela, kontynuował wydawanie biuletynu. Współpracował m.in. z kapelanami AK – ks. Michałem Sternalem ps. "Łęg", ks. Ludwikiem Niemczyckim ps. "Pasterz" i ks. Stanisławem Bąkiem ps. "Wicek". Jesienią przekazano mu dokument wskazujący na formalne mianowanie go kapelanem Armii Krajowej w stopniu kapitana.
   Na przełomie stycznia i lutego 1945 r. ks. Józef Bełch z inspiracji ks. Adama Józefczyka wstąpił do Stronnictwa Narodowego. Zaprzysiężony został przez prezesa Zarządu Powiatowego Stronnictwa Narodowego w Rzeszowie o. Gracjana – Jana Ożoga ps. "Strumień", zakonnika miejscowego klasztoru Ojców Bernardynów. Przyjął wówczas pseudonim "Szczerbiec". W marcu powierzono ks. Bełchowi funkcję kierownika referatu propagandy ZP SN w Rzeszowie. Już w kwietniu poprzez stworzoną sieć kolportażu rozprowadzał powstałe pod jego redakcją pisma: "Jestem Polakiem", "Nasza Sprawa", "Z nami wszyscy". Napisał ponadto w trosce o społeczność wiejską broszury: "Kwestia ludowa w Polsce" i "Wiejskie kierunki", zawierające program organizacji o charakterze ludowo-narodowym, którą zamierzał utworzyć. Konspiracyjny druk odbywał się na plebanii w Grodzisku, w domu Bronisława Bełcha ps. "Palma" i na plebanii ks. Franciszka Murasa w Niebylcu. Od sierpnia 1945 r. do maja 1946 r. prowadził w klasztorze Ojców Bernardynów w Rzeszowie comiesięczne szkolenia dla działaczy nurtu narodowego. Uczestniczył również w tym okresie w konferencjach organizowanych przez SN m.in. w Krakowie i w Rzeszowie, gdzie wygłaszał referaty poświęcone tematyce wiejskiej, stosunkom na arenie międzynarodowej i bieżącej sytuacji politycznej w Polsce. We wrześniu tego roku zorganizował Koło SN w Strzyżowie.
   W październiku 1945 roku w obawie przed dekonspiracją ks. Bełch za zgodą ks. bp. Franciszka Bardy przeniesiony został do Tywonii. Pod zmienionym nazwiskiem – jako ks. Józef Borowicz, pełnił tam funkcję ekspozyta kaplicy należącej do parafii Jarosław. Na początku listopada uczestniczył w Jarosławiu w konferencji regionalnej SN z udziałem przedstawiciela Zarządu Głównego Włodzimierza Bielana, który przekazał zgromadzonym informacje o staraniach i możliwościach zalegalizowania SN. Ksiądz Bełch, posługujący się pseudonimem "Lipiński", mianowany został wówczas kierownikiem Wydziału Propagandy Rzeszowskiego Okręgu SN.
   Dzięki inicjatywie ks. Bełcha w konspiracyjny obieg weszły nowe tytuły prasy narodowej: "Naród w Walce", "Głos Narodu", "Narodowiec", "Orzeł", "ABC Młodych", "Młoda Polska", "Biuletyn Wewnętrzny", "Sprawy Polskie", "Wielka Polska". Poza pracami redakcyjnymi na ich łamach zamieszczał wiele artykułów o tematyce politycznej, społecznej i religijnej. Był również autorem rozpraw z zakresu duszpasterstwa: "Duszpasterstwo młodzieży pozaszkolnej" oraz "Duszpasterstwo wiejskie", i licznych broszur, m.in. "Bóg i Ojczyzna", "Nacjonalizm a katolicyzm", "Katolicyzm spod szubienicy".
   Wymownym potwierdzeniem przymiotów ks. Bełcha jest również stwierdzenie zwarte w sporządzonej w 1952 r. przez resort bezpieczeństwa jego charakterystyce, gdzie napisano o nim m.in.: "(…) jest aktywistą [znanym] nie tylko w okręgu, lecz (…) na skalę krajową, o czym świadczy fakt, który miał miejsce na odprawie (…) SN na terenie Krakowa organizowanej przez Zarząd Główny", gdzie "o Bełchu wyrażono się (…) jako o najzdolniejszym znawcy ideologii SN i (…) stosunków panujących w terenie i polecono opierać się na jego zdaniu" oraz uznano go za "jedną z najzdolniejszych głów organizatorskich i pisarskich".

 
   W zagrożeniu

   Na przełomie kwietnia i maja 1946 roku ks. Bełch powiadomiony został przez Zbigniewa Urzyńskiego z Przemyśla o rozpracowaniu przez Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie struktur terenowych SN. 15 maja 1946 r. zbiegł z plebanii w Tywonii przed mającymi go aresztować funkcjonariuszami UB. Kilka dni później, po 20 maja, nastąpiły liczne zatrzymania działaczy SN, co położyło kres działalności tej organizacji na Rzeszowszczyźnie.
   Ukrywając się pod przybranym nazwiskiem – jako ks. Albin Barnaś, pełnił do sierpnia 1946 r. posługę duszpasterską w parafii ks. Stanisława Bąka w Mazurach. Następnie udał się do administracji apostolskiej Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie od sierpnia do listopada 1946 r. pracował w parafii NMP w Słupsku. Stąd wyjechał na Dolny Śląsk i uzyskawszy zgodę kurii wrocławskiej, do połowy grudnia – jako ks. Jan Zima – przebywał w parafii w Czarnym Borze. Zamierzał wówczas opuścić kraj. Jednak wobec trudności w zorganizowaniu ucieczki zaniechał tego i powrócił do administracji Gorzowa Wielkopolskiego. Tam 19 grudnia 1946 r. mianowany został administratorem parafii Goraj.
   25 lutego 1947 r. komunistyczne władze w Polsce ogłosiły tzw. dekret o amnestii. Ten akt nagłośniony jako dobrodziejstwo okazał się strategicznym zabiegiem rządzących. Dawał on możliwość rozpracowania i inwigilacji osób, które w okresie wojny i po jej zakończeniu zaangażowane były w działalność uznaną przez komunistów za nielegalną i stanowić mogły grupę potencjalnych przeciwników nowego systemu. Do grupy tej należało wielu aresztowanych w późniejszym okresie duchownych. Ksiądz Bełch ujawnił swą działalność konspiracyjną 14 kwietnia 1947 r. w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Skwierzynie. Odtąd wzmogła się wobec niego inwigilacja i zaczęto wzywać go na przesłuchania. Z obawy przed aresztowaniem we wrześniu 1947 r. podjął decyzję o ucieczce z Goraja.
   Niepewność co do przyszłości, towarzysząca mu obawa przed zatrzymaniem i ciągłe ukrywanie się doprowadziły ks. Bełcha do stanu załamania nerwowego. Przebywając na plebanii parafii Św. Rodziny w Szczecinie, usłyszał podejrzane głosy i postanowił uciec, wyskakując z pierwszego piętra. Z licznymi urazami przewieziony został do szpitala. Pogarszający się stan zdrowia sprawił, że ks. Bełch trafił do Kliniki Neuropsychiatrycznej w Krakowie. Tam z rozpoznaniem depresji przebywał od 8 do 28 października 1947 roku. Po odzyskaniu sił powrócił w rodzinne strony i podjął kapłańskie obowiązki w kaplicy w Niegłowicach – należącej do parafii w Jaśle, a potem w Mazurach. Następnie został katechetą w szkole powszechnej i gimnazjum w Sokołowie Małopolskim, gdzie 24 czerwca 1949 r. przejął obowiązki administratora parafii.
   Wkrótce 6 listopada 1949 r. przybyli do ks. Bełcha funkcjonariusze z Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie w celu przeprowadzenia przesłuchania. Po jego zakończeniu, wykorzystując konieczność uczestnictwa w ceremonii pogrzebowej, kapłan po raz kolejny zbiegł. Uzyskawszy 28 listopada zgodę Kurii Biskupiej w Przemyślu na opuszczenie diecezji, przebywał na jej terenie jeszcze ponad pół roku. Ukrywał się w Górnie u ks. Mieczysława Lachora i w Domostawie u ks. Jana Zmory. W tym czasie rzeszowski WUBP zwrócił się do Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Rzeszowie o podjęcie formalnych procedur zmierzających do aresztowania ks. Bełcha. W związku z tym 19 stycznia 1950 r. prokurator Stanisław Śliwa wystąpił do Kurii Przemyskiej o wskazanie miejsca pobytu poszukiwanego. Z odpowiedzi udzielonej mu przez kurię wynikało, iż miejsce pobytu ks. Bełcha nie jest znane.
   Nawiązawszy kontakt z kurią przemyską i uzyskawszy jej zgodę, ks. Bełch w połowie lipca 1950 r. udał się do Wrocławia. Zamieszkał w parafii św. Jakuba i Krzysztofa na Psim Polu, wspierając w posłudze duszpasterskiej miejscowych kapłanów – jej administratora ks. Ignacego Pawlikiewicza-Kociaka oraz księży wikarych: Pawła Komborskiego i Michała Sternala, którzy podobnie jak on uszli z diecezji przemyskiej przed aresztowaniem.

 
   Zatrzymanie przez funkcjonariuszy UB i śledztwo

Ksiądz Józef Bełch w Sobótce. Fot. Arch. O. P. Bełcha. Opublikowano w 'Naszym Dzienniku', w numerze 192 (2905) z dnia 18-19 sierpnia 2007 r.   W tym okresie wobec ks. Pawlikiewicza–Kociaka i grupy duchownych, z którymi ks. Bełch współpracował i utrzymywał kontakty towarzyskie, funkcjonariusze sekcji V Wydziału V WUBP we Wrocławiu prowadzili już rozpracowanie agenturalne "Nr 17". W konsekwencji prowadzonych działań w nocy z 22 na 23 października 1950 r. przeprowadzono we Wrocławiu akcję aresztowań. W zabudowaniach kościelnych – probostwie i wikarówce na Psim Polu, zatrzymani zostali księża: Pawlikiewicz-Kociak – "główny figurant sprawy", Bełch, Sternal, Komborski. W innych punktach miasta zatrzymano księży Puzia i Witkosia oraz Marię Orzelską-Welker. Podczas rewizji przeprowadzonej w pokoju ks. Bełcha funkcjonariusze UB przejęli jego prywatną korespondencję i notatki oraz dwanaście dolarów amerykańskich. Wieziony przez nich samochodem do siedziby WUBP próbował zbiec, jednak jego zamiar został udaremniony.
   Według zatwierdzonego przez płk. Jana Zabawskiego, szefa WUBP we Wrocławiu, planu, śledztwo prowadzone miało być systemem ciągłych przesłuchań przez wiele dni i nocy – tzw. konwejerem. Uczestniczyć w nim miało siedmiu "pracowników operacyjnych" i wspomagających ich siedmiu innych funkcjonariuszy. Miało to zapewnić śledztwu szybki przebieg i przyznanie się zatrzymanych do winy.
   W czasie trwającego wiele miesięcy śledztwa wobec przesłuchiwanych stosowano wyrafinowane i powszechnie wówczas używane w aresztach UB metody wymuszania zamierzonych zeznań. Między innymi zachowały się informacje o sposobach postępowania funkcjonariuszy wobec ks. Pawlikiewicza-Kociaka. Poza ciągłymi upokorzeniami moralnymi i psychicznymi – m.in. obrzucaniem go wyzwiskami w formie: "ty ch…u", "sk…synie", "k…a twoja mać", poddany był "konwejerom", w czasie których pozbawiony snu i głodzony, dodatkowo zmuszany był do wielogodzinnych "stójek". Jedno z tego rodzaju przesłuchań trwało trzy dni oraz cztery noce. Znane są również daty innego z tych przesłuchań – od 9 do 16 stycznia 1951 roku.
   Przesłuchania ks. Bełcha prowadzone były głównie przez Mariana Żurawskiego, choć kilkakrotnie dokonywali ich również inni: kierujący śledztwem Stanisław Dobrzyński, Ludwik Woźnica, Marian Nawrocki, Ludwik Kulak, Stanisław Binkowski. Stosowane wobec niego metody wymuszania zeznań scharakteryzował w czasie rozprawy przed WSR w Rzeszowie 23 lipca 1954: "Odnośnie do protokołów sporządzonych w toku śledztwa nic konkretnego powiedzieć nie mogę, ponieważ byłem wtedy chory, a ponadto bito mnie w czasie samego aresztowania i w toku przesłuchań, nie dawano mi pić, kazano mi stać pod ścianą z rękami do góry, siedzieć na krawędzi stołka itp. Ponadto bito mnie kułakami po twarzy i wyzywano od kretyna, matołka, idioty".
   Siostra ks. Bełcha, Jadwiga Palacz, 27 października 1994 r. opisała wspominany przez swego brata pobyt w areszcie śledczym następująco: "Śp. Józio mówił mi, jak go maltretowali. Kazali mu siedzieć na czymś spiczastym i to go najwięcej męczyło. A drugie – jak go przesłuchiwali, to na korytarzu podstawili kobietę z małym dzieckiem i ono płakało. Józiowi mówili, że to ja z dzieckiem i że jak się przyzna, to mnie puszczą do domu, a jak się nie przyzna, to mnie zamkną z dzieckiem w areszcie".
   Poza częstymi i długotrwałymi przesłuchaniami aresztowani także w celach poddani byli nie mniej skutecznym, choć bardziej dyskretnym i wyrafinowanym metodom zdobywania informacji, wykorzystywanych przez śledczych w trakcie dalszych przesłuchań. Gromadzono je dzięki tzw. agenturze celnej, którą stanowili pozyskani różnymi sposobami do współpracy z UB współprzebywający w celi aresztanci. Księdza Bełcha rozpracowywał agent o pseudonimie "Zemsta".

 
   Akt oskarżenia

   Dnia 6 kwietnia 1951 r. Stanisław Dobrzyński podjął decyzję o zamknięciu śledztwa i pociągnięciu do odpowiedzialności karnej pozostałych osób związanych z ks. Pawlikiewiczem-Kociakiem. Następnego dnia sporządził akt oskarżenia, który przesłano do akceptacji w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. W przygotowanej 10 lipca 1951 r. odpowiedzi płk Józef Różański, dyrektor Departamentu Śledczego, zgodnie z zaleceniami Julii Brystigerowej, dyrektor Departamentu V, postanowił o wycofaniu oskarżenia wobec ks. Sternala i ks. Puzia oraz zwolnieniu ich z aresztu. Zdecydował ponadto o zmianie niektórych z postawionych wobec zatrzymanych zarzutów. Zgodnie z wytycznymi Dobrzyński 17 lipca sporządził nowy akt oskarżenia. Pominął w nim duchownych, wobec których umorzono śledztwo i których decyzją ppłk. Filipa Barskiego, wojskowego prokuratora rejonowego we Wrocławiu, zwolniono z aresztu.
   Ksiądz Bełch oskarżony wówczas został o przynależność w okresie od 1945 do listopada 1949 r. na terenie woj. rzeszowskiego do nielegalnej organizacji SN. Zarzucono mu prowadzenie w jej ramach działalności publicystycznej, wydawanie nielegalnej prasy oraz przechowywanie od 6 XI 1949 r. archiwum organizacyjnego SN; podżeganie Bolesława Bełcha do dokonania napadu rabunkowego i wymierzenia chłosty na dwóch członkach PPR z powiatu rzeszowskiego, co miało być dokonane w lecie 1945; działanie na szkodę Narodu Polskiego przez napisanie w 1937 r. książki "Wici – Agraryzm – Siew".

 
   W oczekiwaniu na proces sądowy i wyrok

   1 sierpnia 1951 r. Wojskowy Sąd Rejonowy we Wrocławiu na posiedzeniu niejawnym przedłużył tymczasowe aresztowanie wobec osób objętych nowym aktem oskarżenia. Po zakończeniu czynności śledczych przeniesiono ich do wrocławskiego więzienia nr 1 przy ul. Kleczkowskiej. Stąd po uzupełnieniu przez wojskowego prokuratora rejonowego we Wrocławiu oczekiwanej przez WSR w Rzeszowie dokumentacji śledztwa – przed 25 marca 1952 r. przewiezieni zostali do więzienia na zamku Lubomirskich w Rzeszowie.
   Proces przed WSR w Rzeszowie rozpoczął się 27 maja 1952 roku. Już w trzecim dniu jego trwania sąd na wniosek adwokata Jana Kanta z Warszawy, ze względu na zły stan zdrowia ks. Józefa Bełcha, wyłączył jego sprawę do odrębnego postępowania. W stosunku do ks. Bełcha WSR w Rzeszowie podjął 6 listopada 1952 r. decyzję o przetransportowaniu go na oddział zamknięty Szpitala dla Psychicznie i Nerwowo Chorych w Kobierzynie koło Krakowa. Wydane po kilku miesiącach 16 kwietnia 1953 r. orzeczenie sądowo-psychiatryczne stwierdzało jego niezdolność oceny inkryminowanych mu czynów w momencie ich popełnienia oraz – wskazując na konieczność dalszego leczenia – odrzucało możliwość odbywania przez niego kary. Wobec takiej opinii medycznej WSR w Rzeszowie wystąpił o wykonanie kolejnych badań psychiatrycznych w Państwowym Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Pruszkowie koło Warszawy. Tym razem diagnoza z 24 listopada 1953 r. stwierdzała poczytalność oskarżonego w momencie popełniania zarzucanych mu czynów. Jednocześnie w piśmie z 22 lutego 1954 r. przesłanym z Pruszkowa do WSR w Rzeszowie stwierdzono, że dalszy pobyt w szpitalu jest niewskazany i możliwe jest stawienie się ks. Bełcha przed sądem, z zastrzeżeniem jednak konieczności bezpośredniego przewiezienia go na rozprawę.
   Pomimo wyraźnych przeciwwskazań WSR w Rzeszowie pismem z 20 kwietnia 1954 r. polecił szpitalowi wydanie więźnia celem przetransportowania go pod eskortą milicji do więzienia w Rzeszowie. Po zrealizowaniu tego planu, wobec rozbieżności wcześniejszych diagnoz na temat stanu zdrowia ks. Bełcha, wystąpiono o dodatkowe badania lekarskie. Tym razem orzeczenie z 6 lipca wystawione przez dr. Batawię potwierdziło odpowiedzialność oskarżonego za popełnione czyny i umożliwiało podjęcie wobec ks. Bełcha procedur sądowych.
   Rozprawa przed WSR w Rzeszowie rozpoczęła się 23 lipca 1954 roku. W skład zespołu sędziowskiego wchodzili: przewodniczący – kpt. Witold Wleciał; ławnicy – szer. Józef Kucharczyk i szer. Kazimierz Sabat. Prokurator w rozprawie nie uczestniczył, obrońcą z urzędu był mec. Witold Miksiewicz. Protokołował ppor. Jerzy Płąska. 31 lipca zapadł wyrok. Księdza Bełcha uznano za winnego przechowywania i rozpowszechniania pism oraz książek zawierających "fałszywe wiadomości mające wyrządzić istotną szkodę interesom Państwa Polskiego". Za czyny te skazano go na 7 lat więzienia oraz utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na okres 2 lat. Na mocy amnestii zaś z 1952 r. złagodzono wymiar kary o jedną trzecią, tzn. do 4 lat i 8 miesięcy więzienia. Powołując się natomiast na ustawę amnestyjną z 22 lutego 1947 roku, umorzono wobec niego postępowanie w związku z przynależnością do SN i przechowywaniem archiwum organizacji oraz podżeganiem do napadu rabunkowego i wymierzenia kary chłosty. Uniewinniono go ponadto od zarzutu działania w 1937 r. na szkodę państwa polskiego ze względu na treści zawarte w książce "Wici – Agraryzm – Siew". Na poczet tej kary zaliczono okres tymczasowego aresztowania od 21 października 1950 roku. Wyrok uprawomocnił się 8 sierpnia 1954 roku.
   Początkowo ks. Bełch przebywał w więzieniu na Zamku w Rzeszowie, a od 22 października 1954 roku w Rawiczu. 10 sierpnia 1954 r. adwokat Witold Miksiewicz wniósł do WSR we Wrocławiu prośbę o przedterminowe zwolnienie ks. Bełcha z więzienia ze względu na stan zdrowia. Rozpatrzono ją 23 listopada 1954 r. na posiedzeniu niejawnym WSR w Krakowie, który warunkowo zwolnił ks. Bełcha z odbywania kary więzienia. Jednocześnie wyznaczono mu roczny okres próbny. 30 listopada zwolniono go z więzienia w Rawiczu. Natomiast 30 maja 1956 r. Wojskowy Sąd Garnizonowy w Krakowie na mocy ustawy o amnestii z 27 kwietnia 1956 r. darował w całości karę dodatkową – tzn. pozbawienia praw publicznych na okres 2 lat.

 
   "Na wolności"

   Po odzyskaniu wolności ks. Bełch do 13 marca 1955 r. przebywał u swej siostry Jadwigi Palacz w Sobniowie, a następnie u ks. Władysława Orzechowskiego w Niebieszczanach koło Sanoka. 27 kwietnia 1955 r. w odpowiedzi na skierowaną do Kurii Biskupiej w Przemyślu prośbę został ekskardynowany do diecezji wrocławskiej.
   Dnia 8 września 1955 r., po uzyskaniu zgody Wydziału ds. Wyznań przy Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej we Wrocławiu, mocą pisma wikariusza kapitulnego ks. Kazimierza Lagosza ks. Bełch ustanowiony został administratorem parafii w Smogorzowie Wielkim w dekanacie Wołów. Z powodu zniszczeń kościoła i plebanii zamieszkiwał jako sublokator u swych parafian, początkowo w Baszynie, później zaś w Smogorzowie. Pełniąc posługę duszpasterską, prowadził również odbudowę kościoła. Jego działalność już wkrótce znalazła się w sferze szczególnego zainteresowania Powiatowego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego w Wołowie. 20 lutego 1956 r. funkcjonariusz tego urzędu chor. Bronisław Oleksy postanowił o założeniu na ks. Bełcha sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej o kryptonimie "Fachowiec". W uzasadnieniu swej decyzji – poza powołaniem się na "więzienną" przeszłość kapłana – napisał: "Obecnie (…) uprawia wrogą działalność w postaci odciągania członków spółdzielni od pracy spółdzielczej, a angażuje [ich] razem z kom[itetem] odbudowy kościoła przy odbudowie kościoła w Smogorzowie Wielkim".
   Przy finansowym wsparciu swego brata ks. Stanisława, przebywającego w Anglii, ks. Bełch prowadził również prace remontowe obiektów sakralnych w Baszynie i w Pełczynie oraz budowę plebanii w Smogorzowie.
   Aktywność ks. Bełcha i wydatkowanie na odbudowę i remonty obiektów sakralnych znacznych sum pieniężnych naraziły go również na podejrzenia ze strony MO i prokuratury o udział w 1962 r. w głośnym napadzie na bank w Wołowie. Nie zrażając się podejmowanymi wobec niego ze strony prokuratury, MO i SB działaniami oraz uciążliwymi kontrolami finansowymi, kontynuował z zapałem swą duszpasterską pracę.
   Dnia 29 sierpnia 1965 r. ks. Bełch decyzją kurii podjął obowiązki proboszcza w parafii Sobótka. Jednocześnie 8 kwietnia 1966 r. powierzono mu zarząd parafii Rogów Sobócki. 7 lutego 1967 r. dekretem wikariusza kapitulnego ks. bp. Andrzeja Wronki mianowany został dziekanem nowo utworzonego dekanatu Sobótka. Z pełnionych funkcji ks. Bełch zwolniony został na własną prośbę przez ks. kard. Henryka Gulbinowicza – arcybiskupa metropolitę wrocławskiego, 31 sierpnia 1987 roku. Po przejściu na emeryturę, korzystając z zaproszenia biskupa przemyskiego Ignacego Tokarczuka, powrócił do diecezji przemyskiej. Zamieszkał w Diecezjalnym Domu Księży Emerytów "Emaus" w Korczynie koło Krosna. Dołączył do przybyłego tam z emigracji w Anglii swego brata ks. prof. Stanisława Bełcha. Obydwaj poświęcili się pracy naukowo-badawczej i publicystyce. Ksiądz Józef Bełch zmarł w Korczynie 10 września 1993 roku. Jego pogrzeb odbył się 12 września na cmentarzu w Jaśle-Sobniowie, z udziałem ordynariusza rzeszowskiego ks. bp. Kazimierza Górnego.
   Dnia 31 maja 1994 r. na wniosek o. Piusa Bełcha Sąd Wojewódzki w Rzeszowie unieważnił wyrok WSR w Rzeszowie wydany w 1954 roku. Jednocześnie uznał, że działalność ks. Bełcha w strukturach SN i NOW miała na celu zapewnienie państwu polskiemu niepodległości i suwerennego bytu.

Stanisław A. Bogaczewicz     
 
Artykuł zamieszczony w "Naszym Dzienniku", w numerze 192 (2905) z dnia 18-19 sierpnia 2007 r.

Praktykowanie Halloween mija się z powołaniem chrześcijanina

Biskupi: praktykowanie Halloween mija się z powołaniem chrześcijanina! Noce Świętych odpowiedzią na pogański obyczaj
W odpowiedzi na modę na obchodzenie „Halloween” w coraz większej liczbie miast organizowane są „Noce Świętych”. 31 października wieczorem w kościołach katolicy gromadzą się na czuwaniu przy relikwiach świętych, które nierzadko przenoszą w procesjach ulicami miast.
„Halloween” – zwyczaj zapożyczony z Irlandii, Wielkiej Brytanii, Kanady i Stanów Zjednoczonych, ze względu na otoczkę zabawy – bale kostiumowe, czy zbieranie wśród sąsiadów cukierków przez dzieci – staje się coraz bardziej popularny w Polsce. Biskupi przestrzegają jednak, że przed tą z pozoru niewinną rozrywką kryje się rozpowszechnianie okultyzmu i magii.

Ostrzeżenia przed obchodami „Halloween” można znaleźć na stronach diecezji – np. archidiecezji gdańskiej i warszawskiej, bądź w listach pasterskich biskupów – w tym roku taki dokument wystosował do wiernych m.in. abp Andrzej Dzięga, metropolita szczecińsko-kamieński.

Biskupi przypominają, że korzenie "Halloween" związane są z pogańskimi obchodami święta duchów i z oddawaniem czci celtyckiemu bogu śmierci. Anton Lavey, twórca współczesnego satanizmu, stwierdził iż noc z 31 października na 1 listopada jest największym świętem lucyferycznym. Mają wtedy miejsce wzmożone liczebnie akty przemocy o charakterze okultystycznym. Kościół otwarcie sprzeciwia się takim praktykom.

Katechizm Kościoła Katolickiego naucza:

Należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do Szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość (Por. Pwt 18,10; Jr 29,8). Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium – są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie ukrytych mocy. Praktyki te są sprzeczne ze czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu (2116).
Biskupi przestrzegają też przed urządzaniem „zabaw”, podkreślając, że praktykowanie Halloween mija się z powołaniem chrześcijanina.
Szczególny niepokój budzą takie inicjatywy na obszarze szkoły, gdzie dopiero kształtuje się dojrzała postawa społeczna, intelektualna i duchowa młodego pokolenia – napisał abp Dzięga. – To pokolenie samo nie jest jeszcze w stanie w pełni samodzielnie decydować. To odpowiedzialni dorośli powinni prowadzić zawierzone im dzieci i młodzież po drogach wzrastania w mądrości i w łasce u Boga i u ludzi. A tymczasem dorośli też zaczynają się bawić w Halloween, nie rozumiejąc duchowego zagrożenia.
Arcybiskup zwraca uwagę, że "imprezy szkolne i środowiskowe, w tym bale i zabawy połączone z przebieraniem się dzieci i młodzieży za istoty ze świata ciemności, w tym za diabły, wampiry i demony” niosą realną możliwość wielkiej duchowej szkody, wręcz zniszczenia życia duchowego.

Brak świadomości o zagrożeniach kryjących się za z pozoru niewinnymi zabawami, stał się także tematem sympozjum, które odbyło się 27 października w Sopocie.

Jeżeli ktoś nie rozumie, że toczy się walka duchowa w świecie to jego życie duchowe jest martwe, on śpi kamiennym snem. A powinien czuwać, walczyć, przygotowywać się do przejścia na drugą stronę oraz czynić dobro przeciwko złu
- przestrzega teolog i demonolog ks. Aleksander Posacki.
Jeżeli nasza wiara karłowacieje staje się coraz bardziej zabobonna, czysto uczuciowo – emocjonalno-folklorystyczna to jesteśmy narażeni na wiele fałszywych dróg
- zaznacza Andrzej Wronka, publicysta, prezes Stowarzyszenia "Effatha".
I dodaje:
Trzeba bardzo dbać o czystość wiary i o świadomość wiary” a chronić się przed tym, co ma pozór dobra.
Hierarchowie zachęcają jednocześnie do duchowego i modlitewnego przeżycia uroczystości Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. Prymas Polski abp Józef Kowalczyk podkreśla w liście do diecezjan, że świętość nie jest zarezerwowana dla wybranych. Świętość jest zadaniem i powołaniem każdego człowieka. Możemy ją osiągnąć podążając za Jezusem i wypełniając powołanie, jakie nam Bóg powierzył.

Aby przygotować się do tych dni inaczej niż podczas „zabaw” w Halloween, w coraz większej liczbie miast 31 października organizowane są „Noce świętych”, czy procesje z relikwiami.

W Warszawie w tym roku procesja rozpocznie się Mszą św. o godz. 18.00 w parafii świętych Alberta i Rafała na Rudzie (ul. Gwiaździsta 17). Następnie uczestnicy przejdą z relikwiami świętych i błogosławionych do grobu bł. ks. Jerzego Popiełuszki, przy parafii św. Stanisława Kostki. Po procesji w sanktuarium odbędzie się agapa i konkurs na najciekawsze przebranie za świętego. Procesje z relikwiami przejdą też ulicami m.in. Bielska-Białej i Opola.

W Gnieźnie od 2005 r. z inicjatywy ks. Jana Kwiatkowskiego odbywa się Noc Świętych – inicjatywa, która rozprzestrzeniła się na inne diecezje. Polega na nocnym czuwaniu przy relikwiach świętych i rozważaniu ich życiorysów.

W Łodzi modlitewne czuwania gromadzą nawet tysiąc osób. Ks. Przemysław Góra, diecezjalny duszpasterz młodzieży nie ukrywa, że wieczór jest alternatywą dla Halloween.

Chcemy pokazać, że odbywające się w noc poprzedzającą uroczystość Wszystkich Świętych imprezy i bale Halloween nie mają nic wspólnego z naszą tradycją, ani tym bardziej chrześcijańskim przeżywaniem tego święta
- podkreśla kapłan.
Noc Świętych to propozycja zadumy nad światłem i nadzieją, zamiast ciemności pełnej strachu i duchów. Ocalmy tę noc dla Świętych, czyli przyjaciół życia, a nie śmierci
- dodaje.

Noc Świętych organizowana jest też w Kielcach, czy Bydgoszczy. W Częstochowie w tym roku będzie przebiegać w formie pokazu filmów o świętych w duszpasterstwie akademickim „Emaus” już 30 października. Mieszkańcy Częstochowy obejrzą "Marcelino chleb i wino" – film dla dzieci oraz filmy o św. Pio i św. Ricie.

Kiedy w wigilię Wszystkich Świętych w kinach promuje się filmy o tematyce śmierci, duchów, okultyzmu i mroku, po prostu horrory, to my zapraszamy na kino alternatywne
– podkreślają organizatorzy pokazu.
Najlepsze filmy na Wszystkich Świętych to filmy o świętych. Po nich można spokojnie spać”
- zaznacza ks. Marek Bator, duszpasterz akademicki.
(wpolityce.pl)

Nic nie wskazywało na samobójstwo

Nic nie wskazywało na samobójstwo
Z byłym żołnierzem 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, kolegą zmarłego w dziwnych okolicznościach chorążego Remigiusza Musia, świadka katastrofy smoleńskiej rozmawia Robert Wit Wyrostkiewicz.
Ma Pan na sobie mundur. Rozmawia Pan bardzo otwarcie. Na pewno nie zdecyduje się Pan na ujawnienie swoich personaliów?
Byłem żołnierzem rozformowanego po katastrofie smoleńskiej 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Wielu z nas, jak śp. Remigiusz Muś, było atakowanych i szykanowanych. Wielu odeszło na emeryturę. Ja jestem dalej w służbie czynnej. Wywiad z podaniem imienia, nazwiska, stopnia wymagałby zgody dowództwa, a nie wiem czy dowództwo chciałoby, aby na ten temat rozmawiać z prasą… Jeśli Pan potrzebuje oficjalnej informacji, proszę pytać rzecznika prasowego MON.
Wolę rozmawiać z Panem anonimowo…

Proszę pytać.

Znał Pan śp. Remigiusza Musia?

Chorążego Musia znałem z pracy w 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Nie była to jakaś bliska znajomość, ale spotykaliśmy się niemalże codziennie na płycie lotniska rządowego przy pracy, czyli obsłudze Jaków 40 i przy wylotach. To były kontakty czysto zawodowe, ale życzliwe, jak to pomiędzy kolegami z pułku, którzy pracują razem na płycie.

Jak przyjął Pan wieść o samobójczej śmierci kolegi?
Nie wiem czy była to samobójcza śmierć. Remigiusz Muś był jednym z głównych świadków w śledztwie dotyczącym przyczyn katastrofy smoleńskiej. Jego zeznania burzyły ustalenia MAK i Komisji Jerzego Millera. To co mówił o zejściu do 50 metrów wskazywało na sfałszowanie zapisów z czarnych skrzynek. Muś mówił też o wybuchach w Tu-154. Ale czy to było powodem jego śmierci? Skąd mam wiedzieć? To wszystko jest jednak bardzo dziwne i to nie tylko moje zdanie, ale także kolegów z byłego specpułku.
Zapytam więc o coś innego. Czy w zachowaniu śp. chorążego Remigiusza Musia dało zaobserwować się coś niepokojącego? Coś co mogłoby w dniu dzisiejszym pasować Panu do depresji, załamania, jakiegoś "przybicia", smutku?

Pamiętam dobrze chorążego. Zresztą, po wiadomości o jego śmierci cały dzień w pracy upłynał nam z kolegami na wspominaniu i zastanawianiu się nad przyczyną śmierci naszego kolegi. Wielu z żołnierzy znało go dużo lepiej niż ja. Wszyscy zapamiętaliśmy go jako wesołego i niemalże zawsze uśmiechniętego człowieka. Nigdy nie okazywał jakiś słabości, zniechęcenia czy cech człowieka ze słabą psychiką. Chcę to bardzo wyraźnie podkreślić. Cały dzień o tym rozmawialiśmy i wszyscy Remka tak właśnie zapamiętali. Taki po prostu był. Nic nie wskazywało na samobójstwo.

Nic nie przyszło Wam do głowy, że może problemy rodzinne, towarzyskie, finansowe? Znaliście go.

Remek miał wszystko. Niedawno kupił nowe mieszkanie. Miał dwie śliczne córeczki. Posiadał też coś co uskrzydla ludzi – miał mnóstwo pasji. Fascynował się przede wszystkim lotnictwem. Pamiętam jak Remigiusz kiedyś stwierdził: "nieważne ile zarabiam jako żołnierz, bo kasę to ja mam, po prostu kocham samoloty". Miał też bzika na punkcie nowinek technicznych, internetu i komputerów. Jeśli miałeś problem z komputerem lub komórką, on to zawsze naprawił lub znalazł rozwiązanie problemu. Słyszałem, że po odejściu na emeryturę zainteresował się żeglarstwem. Stąd podobno ta lina na której się powiesił czy też go powieszono.

Powiesił się czy go powieszono?

- Panie Redaktorze, skąd ja mogę to wiedzieć? Nie utrzymywałem z nim kontaktów po jego odejściu na emeryturę. Mogę jedynie powiedzieć, że zapamiętałem go jako świetnego i pogodnego faceta. Moi koledzy, którzy znali go lepiej i utrzymywali kontakty później, również nie widzieli w nim w żadnym przypadku potencjalnego samobójcy. Ale tylko tyle mogę powiedzieć. Pewnie, że jak weźmie się pod uwagę ilość tych niby samobójstw; to że wciąż w dziwnych okolicznościach giną ludzie mający wiedzę o katastrofie smoleńskiej; że po dwóch latach i pół roku robi się dopiero testy na obecność materiałów wybuchowych w tupolewie… to można się zastanawiać czy to wszystko nie składa się w jedną całość. Żołnierze na pewno takie pytania sobie stawiają. O tym mogę Pana zapewnić. Zwłaszcza żołnierze z upokorzonego 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, bo to na nas próbowano zwalić winę za katastrofę. Oby to była ostatnia śmierć…

Dziękuję za rozmowę.

—————-

Remigiusz Muś był jednym z najważniejszych świadków w śledztwie ws. katastrofy smoleńskiej. Słyszał komendy wydawane z wieży w Smoleńsku, podczas przesłuchania mówił też o eksplozjach, które nastąpiły przed zgaśnięciem silników Tu-154M. Muś zeznawał, że kontroler z wieży na smoleńskim lotnisku, wydał im komendę o zejściu na wysokość 50 metrów, czyli poniżej przepisowej wysokości 100 metrów, na której podejmuje się decyzję o lądowaniu.  – Komenda ta dla nas, iła i tupolewa brzmiała: „Odejście na drugi krąg z wysokości nie mniejszej niż 50 m (po rosyjsku: »uchod na wtaroj krug nie mienie piatdiesiat mietrow«) – mówił Muś. Z opublikowanego stenogramu wynika, że kontroler miał zezwolić na zejście do 100 metrów. Zeznania Musia mogły świadczyć o fałszerstwie rosyjskich stenogramów, a może nawet zapisów czarnej skrzynki z TU-154M.

W niedzielę Remigiusza Musia odnaleziono powieszonego. Członek załogi Jaka-40, który kwestionował wyniki polskich i rosyjskich badań tragedii z 10 kwietnia, zginął w swoim domu w Piasecznie. Ciało odnalazła jego żona. Mężczyzna nie zostawił listu pożegnalnego. Osierocił dwie córeczki. Prokuratorzy błyskawicznie po zgonie Musia uznali, że nic nie wskazuje na udział osób trzecich. Dowodów na zabójstwo nie stwierdzono także po przeprowadzeniu sekcji zwłok. Kolejna tajemnicza śmierć "samobójcza"…

(Fronda.pl)

Badania wykazały obecność trotylu

Stanisław Zagrodzki, kuzyn ofiary katastrofy smoleńskiej, ujawnia, że prywatnie zlecił amerykańskim ekspertom badania m.in. samolotowego pasa bezpieczeństwa z miejsca tragedii. Badania ujawniły obecność trotylu. Jak ustaliła „Gazeta Polska Codziennie”, próbki badane przez polską prokuraturę na obecność materiałów wybuchowych wciąż są w Rosji.

- Jednostkowe badania odczynnikowe wykazały obecność trotylu we fragmentach pasa bezpieczeństwa, którym przypięta była moja kuzynka – mówi „Codziennej” Stanisław Zagrodzki, bliski śp. Ewy Bąkowskiej. Potwierdza, że materiały zostały przesłane teraz do innego instytutu na badania szczegółowe. Którego? Zagrodzki nie chce zdradzić, o jaki ośrodek chodzi. Ujawnia jedynie, że w USA. – Naukowcy nalegali, abym nie informował mediów przed zakończeniem ostatecznych analiz, ale kiedy przeczytałem artykuł w „Rz” o śladach trotylu na fotelach, nie mogłem milczeć. Zwłaszcza że pas bezpieczeństwa to przecież integralna część właśnie fotela – mówi.

Wczoraj prokuratura wojskowa najpierw zdementowała informacje, jakoby na wraku tupolewa znajdywały się ślady materiałów wybuchowych, aby następnie przyznać słowami płk. Ireneusza Szeląga, szefa Wojskowej Prokuratury Okręgowej: – Nie powiedziałem, że nie znaleźliśmy trotylu, tylko, że eksperci nie stwierdzili jego obecności i czekamy na wynik badania.

Polscy biegli używali dwóch rodzajów urządzeń do badania wraku tupolewa. Jedno było wykalibrowane na wykrywanie substancji mogących być wybuchowymi. Drugie, czułe, nastawione zostało na obecność materiałów wybuchowych. Obydwa zareagowały i dały odczyt pozytywny.

(portal niezalezna.pl)